Skok w nieznane

To opowiadanie napisałem na powiatowy konkurs "Mój przyjaciel ćpun", którego celem było pokazanie, że narkomani też mają swoją godność i prawdziwa pomoc dla nich to przyjaźń. Praca otrzymała wyróżnienie w kategorii szkół średnich.

Ost. modyfikacja: poniedziałek, 15 maja 2006

Grały trąby, ogarnęła go gra świateł, a wir dźwięków i barw porwał go dalej. Nie wiedział, gdzie jest, ale czuł się odlotowo. Jego świadomość jakby lewitowała między tym światem, a niekończącym się karnawałem. Zupełnie brakło mu słów i nawet, gdy wspominał później te chwile, nie potrafił znaleźć żadnego, które oddałoby to, co wtedy czuł.

Ostrożnie podniósł powieki. Strasznie bolała go głowa, a kiedy oczy zalało białe światło, aż jęknął z bólu. Co to za miejsce, z trudem zadał sobie pytanie. Wokół niego kręciło się kilka postaci.

- Cicho, nie hałasować - odezwał się z oddali czyjś znajomy głos. Nie potrafił jednak powiedzieć, kto był jego właścicielem.

Ciche rozmowy natychmiast ucichły. Powoli pogrążał się w całunie snu, niosącego jakieś dziwne ukojenie.

Obudziwszy się ponownie, nie został już porażony światłem żarówki. Jego umysł pracował już jaśniej i bez trudu poznał to miejsce. Ten sam kiczowaty obrazek przedstawiający martwą naturę, ta biała szafeczka i złociste firanki pokryte motywami kwiatowymi. Nie mogło być to nic innego, jak znany mu już dobrze pokój Kliniki Odwykowej dr Steinbacha. Odwrócił głowę w prawo i zauważył klamkę ostrożnie przesuwającą się w dół, jakby z pewną dozą niepewności.

- Panie Kurt - szepnął mężczyzna je otwierający. - Już pan nie śpi?

- Nie - odparł. - Co się stało? Wejdź.

Gość wszedł do pokoju nieco raźniej. Delikatnie się pochylił i wymacawszy z tyłu krzesło, przysunął je do siebie, aby spokojnie usiąść przy łóżku pacjenta.

- Panie Kurt, terapia nie przynosi spodziewanych rezultatów - powiedział tak spokojnie, jak potrafił. - Przedwczoraj znów pan wziął, i to nie byle jaką dawkę.

- P... przedwczoraj? - zapytał pacjent, który, jak już wiemy, ma na imię Kurt. - Tak długo spałem?

- Nie, świadomość wracała panu kilka razy, ale pańskie zachowanie było... eee... dziwne.

Zapadła cisza. Kurt spuścił wzrok na białą, pomiętą jak kartka kołdrę.

- Przepraszam - szepnął. - Ja nie mogę.

- Damy panu kolejną szansę. Jeszcze dziś wieczorem wróci pan do domu, a jutro o dziesiątej przyjdzie pan do ośrodka. Nadal pan się upiera przy niepowracaniu do rodziny?

- Tak.

- Ale to naprawdę mogłoby pomóc. Specjaliści...

- Przestań tu specjalizować mi. - warknął Kurt, zdenerwowany - Nie wrócę do nich na stałe i tyle.

Gość pospiesznie załagodził sprawę, polecił telefonicznie przysłać śniadanie i wyszedł, zostawiając go samego.

Ciepłe, czerwcowe słońce chyliło się już ku zachodowi, zalewając Miasto złocistym, pomarańczowym światłem. Bulwarem wzdłuż Rzeki niespiesznie toczył się niebieski opel, zatrzymując się przed niewielkim i wyglądającym na zaniedbany domem na peryferiach. Dziki ogród był autentycznie dziki. Trawa rosła w nim nieregularnie, a nieliczne kwiaty przebijały zieleń, gdzie popadnie. Budynek był parterowy, z lekko nachylonym, czerwonym dachem. Wchodziło się do niego przez drewniany ganek. Od tyłu do domu przylegała szopa na narzędzia. To było życie Kurta. Jego rodzice oszczędzali na tę działkę przez ponad dziesięć lat myśląc, że ich syn zamieszka tu, jako student. Los jednak spłatał im okrutnego figla. Kurt wyleciał już po pierwszym roku i wtedy wyszło na jaw, że jest uzależniony od narkotyków. To one skradły mu czas, który inni poświęcali na naukę. Początkowo wrócił do rodziny, gdyż wszyscy obawiali się, że studencki dom przerodzi się w melinę. Mając go pod własnymi skrzydłami, mogli także zapewnić mu właściwą opiekę. Niewiele to, prawdę mówiąc, dało. Kurt dalej brał, aż w końcu wrócił z własnej woli do domu nad Rzeką.

- Kurt, oto klucze - rzekł ten sam człowiek, który wcześniej odwiedził go w klinice. - Idź, prześpij się trochę. Jakbyś czegoś potrzebował, pani Marics jest w domu. Jutro o dziesiątej jesteś z powrotem u nas, dobrze?

- Dobrze.

- No, to trzymaj się - Kurt został klepnięty przyjacielsko po barkach. - Do jutra!

Samochód ruszył dalej. On tymczasem wszedł do środka, gdyż cóż miał innego zrobić? Dom wyglądał tak samo, jak przed trzema dniami, kiedy wyszedł na miasto. W niewielkim pokoju dziennym drewniany stół, kilka krzeseł i zielona kanapa pod ścianą. Z kąta wyglądał wyłączony telewizor turystyczny. Drewniana podłoga skrzypiała po każdym kroku, zaniedbana i nieremontowana. W kuchni, do której drzwi znajdowały się po lewej, stos naczyń aż się prosił o umycie. Kurt skręcił jednak do drugiego pokoju, w którym spał. Oglądał rozwieszone na wytapetowanej ścianie zdjęcia rodzinne. Na jednym, nieco już wyblakłym, dostrzegł siebie, jako siedmioletniego brzdąca gdzieś nad morzem. Grał z ojcem w piłkę. Szara plama pokrywała miejsce, gdzie powinna być ręcznie nabazgrana data wykonania. Kurt splunął sobie na rękaw i delikatnie ją wytarł. Zbliżył się do kolejnego obrazka. Zapomniał jednak o stojącym na ziemi kwiatku i omal się nie przewrócił na doniczce. Pozbierawszy się, kontynuował wspomnienia. Tu stał w eleganckim stroju z jakimś dyplomem, pewnie za dobre oceny w pierwszych latach edukacji. Trzecie zdjęcie przedstawiało dziewiąte urodziny. Kurt zdmuchiwał na nim świeczki z przepysznego, brzoskwiniowego tortu. Do dziś pamiętał jego smak. Mama wybitnie się postarała, choć nie była to żadna okrągła rocznica. Dalej nie chciał patrzeć. Doskonale wiedział, że w końcu wspomnienia te staną się dla niego zbyt bolesne, jeśli się dłużej na nich skupi. Był doskonale świadom tego, jak zniszczył sobie życie. Jak zniszczyły je narkotyki. Jego racjonalna część umysłu nie godziła się z tym ani trochę. Ciało co kilka dni musiało dostać swą dawkę.

Kurt odwrócił się i zbliżył do obszernej komody z dębowego drzewa. Wysunął nieco górną szufladę i włożył do środka rękę aż po bark. Jego dłoń poczuła wreszcie zimny dotyk metalu. To był pistolet. Wyciągnąwszy go, Kurt obejrzał go ze wszystkich stron. Nadal lśnił on, jak dawniej i z pewnością był w stanie pozbawić życia. Ręka wyciągnęła broń prosto przed siebie, trzymając delikatnie za lufę. Ktoś nieświadomy powiedziałby, że to kolekcjoner militariów ogląda właśnie swój najcenniejszy eksponat. Wtedy jednak Kurt przeniósł swój wzrok na ścianę przed nim. Pełno w niej było małych dziurek. "Debilu", rzekł do siebie w duszy, "masz takiego zeza, że nawet trzymając tę spluwę przy skroni, trafiasz w ścianę, a nie głowę". Zabezpieczył broń i cisnął ją z całej siły do kosza. Łazienka była tylko kilka kroków dalej. Kurt umył się pod prysznicem, po czym położył do łóżka spać.


- No, moje panie! Jutro wyruszamy! - Dziarski głos trenera przypominał podopiecznym o jutrzejszych porannych ćwiczeniach.

- Amy, ja po prostu nie mogę się doczekać. - rozpływała się w marzeniach jedna z kobiet należąca do drużyny. Na razie powiedzmy o niej tyle, że była mocno przy kości.

- Jutro wpół do szóstej jesteśmy na trasie!


Jego dusza błądząca po krawędziach nieznanego, zstąpiła nagle gdzieś w dół, ku domom. Zaczynał się sen. Wokół niego gromadziły się setki ludzi. Każdy wytykał go palcami, wrzeszcząc przeraźliwie "ćpun!" On siedział pośrodku, nie wiedząc co robić. Poznał to wyzwisko. Znał je bardzo dobrze. Tyle razy po odlocie widział matki z dziećmi przechodzące na drugą stronę ulicy, tylko ujrzawszy go. Tyle razy osłuchał się uszczypliwych komentarzy staruszek. Ludzie wokół niego krzyczeli dalej. Wstał, uderzył jednego z szyderców z pięści, ale tamten tylko ryknął śmiechem. Poszedł do metra, chciał kupić bilet, ale nie mógł znaleźć kasy. Nadjechał pociąg, drzwi się otworzyły. Kurt wsiadł do niego, lecz gdy ruszyli ze stacji, pojawił się kanar.

- Nie masz biletu, ćpunie - syknął, wyciągając pilot od telewizora z kieszeni w spodniach.

Kurt gwałtownie oparł się o ściankę wagonika, chwytając się ręką poręczy. Drugą próbował zatrzymać napastnika.

- Zabierz to ode mnie! - krzyczał zrozpaczony. - AAAA!!!

Zauważył nagle, że siedzi we własnym łóżku. Rozejrzał się, była za kwadrans szósta rano. Poranne słońce wpadało przez okno, zalewając wszystko falą jasności. Kurt parsknął śmiechem.

- Pilotem od telewizora! - śmiał się z własnego snu, lecz nagle urwał. - W ćpuna...

Ta myśl nie dawała mu spokoju już od przeszło dwóch tygodni, ale nie czuł się na tyle pewnie, aby ją jakoś zmaterializować w swym umyśle, nadać jej ostateczny kształt. Teraz wiedział, co ma zrobić. To koniec, "ćpun" sobie pójdzie tam, gdzie wszyscy są traktowani identycznie. Bez wyjątku.

- Ale przecież ćpunem nie jestem - powiedział cicho dla zabicia sumienia. - Ja po prostu jestem skończony. Przez własną głupotę. Był pół kilometra od jego domu most drogowy. Znał go doskonale, gdyż swego czasu dojeżdżał nim na uczelnię. O tej porze nie powinno być tam ludzi. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Wznoszące się słońce prześwitywało przez liście drzew na ulicach, tworząc na nich mozaikę poruszających się w rytm wiatru świateł i cieni. Promienie odbijały się w blasku rzeki, wspaniale współgrając z czystym, błękitnym, porannym niebem.

- Mam gdzieś, czy to jakiś symbol tego, co stracę. - rzekł sobie Kurt, myjąc zęby. Wypłukawszy gardło, wyciągnął z szafki maszynkę elektryczną i ogolił się. To był koniec porannej toalety. Ostatniej porannej toalety. W pokoju na stole leżały przygotowane dokumenty. Odruchowo schował je do kieszeni spodni, wraz z portfelem. Już miał sięgać po klucze, lecz jego ręka zawisła w próżni. Po chwili odłożył wszystkie rzeczy z powrotem na miejsce. Nie będą mu już potrzebne.

Droga do celu zajęła mu kwadrans. Szedł wolnym krokiem, po drodze nie spotykając żywej duszy. Była sobota i wszyscy jeszcze smacznie spali. Tym lepiej dla niego. Nie chciał mieć świadków. Most miał ponad dwieście metrów długości. Jezdnia wraz z chodnikiem położona była na czterech żelbetonowych filarach wyrastających z wody, niczym potężne okręty. Ruchu praktycznie nie było. Kurt rozejrzał się wokół i przeszedł na drugą stronę barierki. Dziesięć metrów pod nim leniwie płynęła woda. Skok z tej wysokości powinien zabić mnie na miejscu, pomyślał. Nie puszczał się jednak. Nogi lekko mu drżały. W końcu nie każdy popełnia samobójstwa codziennie. Sekundy wlokły się powoli. Kurt nie wytrzymał i szepnął do siebie:

- Cholera, przynajmniej tu pokaż, że masz silną wolę.

Zrobił krok naprzód i puścił się barierki. Natychmiast zrozumiał, że popełnił ogromny błąd. Błękitne lustro wody zbliżało się ku niemu niesamowicie szybko. Nie krzyczał. Wiedział, że nie ma dla niego już żadnej nadziei. W końcu poczuł uderzenie i natychmiast ogarnęła go ciemność. Coś jednak było nie tak. Po chwili ponownie otworzył oczy. Był pod wodą. Nogi bolały go okrutnie. Nie mógł ich zgiąć, więc zaczął bić na oślep rękami. Próbował krzyczeć, lecz nie mógł się wynurzyć na tyle długo, aby nabrać tchu.

Boże, pomóż! – powtarzał w duchu, póki miał jeszcze siły to robić.


- Jill, patrz tam! Przed siebie.

Załoga łodzi wioślarskiej złożona z samych kobiet obdarzonych nadwagą oraz trenera wytężyła wzrok, spoglądając na zbliżający się do nich most.

- Tam ktoś spadł! - pisnęła jedna z nich. Trener nie stracił zimnej krwi, zwłaszcza, że dosłyszał dramatyczny plusk.

- Cała naprzód! - krzyknął - Tam ktoś tonie!

Kobiety wyraziły swoją aprobatę swym bojowym zawołaniem. Natychmiast poczuły, że wstępuje w nie energia i pomimo zmęczenia półgodzinnym wiosłowaniem, dały z siebie niesamowicie dużo. Ich łódź wyrwała do przodu tak szybko, jak nigdy przedtem. Wiosła raz po raz pruły taflę rzeki i odpychały do tyłu masy wody. Trener kątem oka zobaczył, na brzegu kilku ludzi także biegnących w tym samym kierunku, co one. Oni również musieli zauważyć upadek.

- Już jesteśmy prawie pod mostem! Cała naprzód! - dopingował załogę, nie szczędząc gardła.

- Trenerze! - powiedziała niewyraźnie z braku tchu pulchna kobieta o kręconych, jasnych włosach i niebieskich oczach. - Niech pan wypatruje... tonącego! My sobie poradzimy!

- Tam! Ręka! - wskazała jej towarzyszka na wystającą z wody dłoń zaledwie dziesięć metrów na lewo od nich. Trener nie wahał się ani chwili. Energicznie ściągnął buty, rozdarł koszulę i wskoczył w nurt. Był świetnym pływakiem, inaczej nigdy nie dano by mu zezwolenia na prowadzenie takich łodzi. Bez trudu podpłynął do tonącego i wprawnie zaczął holować go z powrotem. Wiedział, że cenna jest każda sekunda. Im dłużej nieszczęśnik pozostawał w wodzie, tym mniejsze miał szanse przeżycia. Wreszcie chwycił się burty. Obok unosiło się delikatnie małe koło ratunkowe.

- Dziewczyny, wciągajcie, tylko ostrożnie!

Wspólnymi siłami udało im się ułożyć ofiarę w niewielkiej łodzi nieprojektowanej z myślą o ratowaniu ludzi. Miejsca było, jak na lekarstwo. Kobiety zaczęły wiosłować do brzegu, podczas gdy trener aplikował prowizoryczną pierwszą pomoc, robiąc sztuczne oddychanie i masaż serca.

Na brzegu czekała już trójka mężczyzn. Gdy tylko kadłub dotknął betonowych schodków schodzących delikatnie do wody, bez żadnej żenady i słowa przywitania pomogli wynieść ofiarę w bezpieczne miejsce.

- Karetka już wezwana - poinformował jeden z nich.


- Będzie żył - powiedział lekarz. - Ma ciężki uraz nóg, ale da się to wyleczyć. Naprawdę, miał wielkie szczęście, że wasza drużyna akurat tam płynęła.

Kurt nie do końca rozumiał te słowa. Wciąż nie otworzył oczu. Oddychał spokojnie i wsłuchiwał się w szept dużej grupy ludzi, która z pewnością go otaczała. Miał trudności z kojarzeniem. Z olbrzymim wysiłkiem przypomniał sobie swój lot w dół. Potem jakby urwał się dla niego film.

Minęło piętnaście minut. Kurt postanowił dać im jakoś znać, że się budzi. Odchrząknął przeciągle, odwrócił głowę i powoli uniósł powieki. Wokół niego stało pełno grubych kobiet, jak później wspominał swoje pierwsze wrażenie. Przerażony zamknął szybko oczy, lecz po chwili ponownie je otworzył.

- Obudził się - cichy szept obiegł zebranych.

- Kurt Weisel? - niski głos dobiegł z tyłu sali. Przed tłum wyszedł lekarz.

Kurt kiwnął głową na potwierdzenie.

- Przeżył pan wiele. Pański opiekun z kliniki poinformował nas, kim pan jest. Niech pan się nie martwi, wszystko będzie dobrze!

- No jasne! Trzymaj się! - radośnie potwierdziły kobiety.

- Co to za ludzie? - zapytał Kurt, powoli dobierając słowa.

- Uratowali panu życie. Niech pan jeszcze odpocznie. Nadchodzi noc, rano pan porozmawia.


- Myślę, że chciałby pan wiedzieć co nieco o tych oto bohaterkach. - Odezwał się lekarz następnego ranka. Kurt siedział już dość swobodnie na łóżku, powoli odzyskując siły. Już go poinformowano, że będzie musiał pozostać w szpitalu i że przez najbliższy czas nie będzie w stanie chodzić z powodu rozległych złamań kości. - Ale my również chcielibyśmy wiedzieć, dlaczego w godzinach porannych znalazł się pan w połowie drogi między mostem, a lustrem wody pod nim. Lekarz delikatnie się uśmiechnął i mrugnął porozumiewawczo okiem. Chciał dać jakoś znać, że pragnie tylko dowiedzieć się, co się właściwie stało i nie będzie go w żadnej mierze oskarżać.

- Panie Kurt - podjęła rozmowę jedna z dziewczyn. - Nazywam się Amy, a to są moje koleżanki. Jesteśmy "The Roses" - grupą kobiet walczącą z otyłością poprzez aktywne rozrywki oraz sport. Na wczorajszy poranek zaplanowałyśmy sobie wraz z naszym trenerem rejs po rzece w łodzi wioślarskiej. To on pana wyratował, ale my także dałyśmy z siebie wszystko - podkreśliła nie bez dumy.

- Tym trenerem jestem ja - odezwał się siedzący w kącie mężczyzna, dotychczas milczący. - Jestem Artur Kersey, miło mi.

Trener uścisnął Kurtowi rękę na przywitanie. Ten spojrzał na wszystkich i po raz pierwszy od długiego czasu rozpłakał się. Nie wiedział, jak im dziękować.

E P I L O G

Po dwóch miesiącach Kurta wypisano ze szpitala. Przez cały czas dziewczyny z The Roses odwiedzały go i dodawały mu otuchy. Dzięki temu poznał je bliżej i powoli uświadomił sobie, jak cennego daru próbował się pozbawić. Ścisły, szpitalny rygor w połączeniu z jego inwalidztwem brutalnie wydobył go z nałogu, ale mimo wszystko wydobył. Choć czekała go nadal długa rehabilitacja, postanowił sobie, że już nigdy w życiu nie sięgnie po żadną używkę, z alkoholem włącznie. Niedługo później został honorowym członkiem The Roses - organizacji, która nie tylko dała mu drugą szansę, ale także nauczyła, jak ją wykorzystać. Te niezwykłe kobiety wraz z trenerami nie tylko zostały jego najlepszymi przyjaciółmi. Z jedną z nich wziął nawet później ślub i wiódł szczęśliwe życie, już bez narkotyków. Swego postanowienia z czasów pobytu w szpitalu dotrzymał.

Dla redaktorów EIOBA.COM i innych: Jeśli czytany artykuł udostępniony jest na licencji Creative Commons, to proszę wgrywać go do własnych baz danych z takimi oznaczeniami o autorze, jakie chcę aby były i o jakich jest informacja w pliku PDF. Nie mam zamiaru latać po całej sieci i każdemu z osobna te sprawy wyjaśniać. Jeśli natomiast jesteś z EIOBA.COM, nie wgrywaj tego tekstu - sam mam tam konto i uczynię to osobiście w odpowiednim czasie.

© Tomasz "Zyx" Jędrzejewski 2005 - 2008 | Wykonanych zapytań: 1 | Serwer wirtualny zapewnia