Polska terminologia informatyczna

Do napisania tego felietonu zabierałem się już kilkakrotnie, ale nigdy nie osiągałem zamierzonego efektu. Tym razem oparłem się jednak na jednym z moich wpisów, który wyszedł mi nadspodziewanie dobrze. Mam nadzieję, iż jego ducha da się odczuć także i tutaj, w "oficjalnym" zbiorze przemyśleń na temat polonizowania terminów informatycznych.

Ost. modyfikacja: poniedziałek, 10 kwietnia 2006

Polska nie jest jeszcze rajem technologicznym i w wielu dziedzinach musimy po prostu zdać się na to, co wymyślą Amerykanie. Pojawia się tutaj problem ubrania nowego zjawiska w odpowiedni termin. Stanęli przed tym już twórcy Komisji Edukacji Narodowej, dzięki którym w wielu dziedzinach wiedzy mamy rdzennie polską terminologię. Spora jej część na dobre się zadomowiła; któż z nas nie uczył się o mianowniku, dopełniaczu albo o cięciwie? Obecnie postęp naukowy jest kilkanaście razy szybszy, szczególnie w dziedzinie informatyki. Niestety KEN już dziś nie istnieje i programiści sami muszą zajmować się wynajdywaniem rodzimych określeń na nowe zjawiska. Jest tego dużo, więc na naprawdę wymyślne słowotwórstwo nie ma czasu, jednak czy oznacza to, że mamy w ogóle z niego zrezygnować i chamsko dopinać polskie końcówki do angielskich wyrazów? To nie jest chyba dobra droga.

Pionierzy polskiej informatyki mają na swym koncie parę ciekawych osiągnięć, m.in. zaadoptowanie słów "plik" i "katalog/folder" do określenia angielskich file oraz directory, lecz w czasach współczesnych użytkowników komputerów jest znacznie więcej. Wielu z programistów wciąż chodzi do jakichś szkół (hmm... czyżbym pisał o sobie?) i oczywiście nie zawsze zamiłowanie do nauk ścisłych przekłada się na zamiłowanie do języka ojczystego. Naturalnie nie jest to aż takie ważne, niemniej wyczucie jakieś czysta ludzka przyzwoitość każde posiadać. Dalej w tę materię wobec tego nie wnikam i skupię się na samym efekcie. Rodząca się w ostatnich latach porcja terminologii przybiera już tak karykaturalną postać, że zastanawiam się, jaki może być tego cel? Czyżby była to chęć zaszpanowania przed innymi i popisania się poprzez nafaszerowanie wypowiedzi mnóstwem zakręconych terminów? W końcu taka fraza "Zaimplementowałem walidację Inquistation Buffera!" wypowiedziana na jednym oddechu musi robić wrażenie wśród maluczkich (cokolwiek znaczą użyte w niej słowa). A może wynika to z pośpiechu? Piszemy sobie kod, nagle kaput. W dokumentacji zewnętrznej pojawił się jakiś tajemniczy, nowy termin, a na forum trzeba coś na szybko machnąć, więc machamy. Później się ciągnie taki angielski potworek z polską końcówką gramatyczną, jak kraj długi i szeroki. Ideolodzy informatyki trwają już na swych stanowiskach i na pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, ruszają w bój ze swoją teorią, że "tak jest łatwiej zrozumieć innym, niekoniecznie wtajemniczonym w tematykę". Czy to jest normalne? Nie dajmy się zwariować; co tu jest do rozumienia? Za kogo oni mają swego odbiorcę? Za osobę niedorozwiniętą umysłowo? Żeby coś zrozumieć na podstawie samego terminu, trzeba najpierw znać jego angielskie znaczenie, a z tym bywa naprawdę różnie. Jeśli już jednak ktoś zadbał o edukację i domyślił się, że takie to bind oznacza "wstawiać", i tak nic mu z tego nie przyjdzie bez znajomości kontekstu, który chcąc nie chcąc trzeba już pełnym zdaniem wyłożyć. Ściganie się z Anglikami, kto będzie mieć więcej słów w języku, nie ma najmniejszego sensu. Dopóki technologia rozwija się tam, stoimy od początku na pozycji straconej. Język polski posiada wystarczająco dużo rdzeni, aby ewentualne zapożyczenia budować właśnie w oparciu o nie. Skoro już je mamy, na chorobę nam jeszcze z dziesięć słów obcego pochodzenia różniących się wyłącznie kontekstem użycia. Potem chodzą oratorzy takiej polityki i narzekają, jaki to trudny ten polski, jak dużo w nim wyjątków...

Ostatnie zdania poprzedniego paragrafu są moją osobistą filozofią polonizacji terminów informatycznych, aczkolwiek zdecydowanie powinna być to praktyka powszechna. Znaleźć polski odpowiednik jakiegoś terminu naprawdę nie jest trudno, ale widać Polakom brakuje inwencji także i w tej kwestii. Oto kilka przykładów. Wśród twórców stron WWW furorę robi paskudne słowo "walidacja". Wciskane jest ono dosłownie wszędzie, byleby było i byleby podkreślić, jak bardzo trendy jest osoba nim się posługująca. Powszechnie ignorowany jest natomiast fakt istnienia słowa "kontrola" pasującego tu jak ulał. Także jest to zapożyczenie, lecz mocniejsze wielokroć dłuższym w polskim języku pobycie (co oznacza, że wszyscy je rozumieją). Niedawno, pisząc artykuł o bibliotece komunikacji z bazą danych PDO, spotkałem z kolei termin "to bind". Oczywiście wcześniej ktoś "mądry" przetłumaczył go jako... "bindowanie", a tymczasem znalezienie polskiego odpowiednika zajęło mi sekund 15. Wyżej wspomniany czasownik oznacza "wstawiać", lecz niezbyt dobrze oddaje to istotę procesu, dlatego zdecydowałem się ostatecznie na "podpinanie". W ten sposób rodzimy wyraz opisuje zagadnienie nawet lepiej, niż oryginał, ponieważ dane są faktycznie podpinane do zapytania z punktu widzenia programisty (można je potem wymienić na inne). Jeśli coś jest wstawiane, to właśnie w tym celu, aby siedziało tam domyślnie na stałe.

Kiedy zagadnienie to dyskutowałem w Dziennikach zyxowych, z zadowoleniem zauważyłem, że w poglądach mych nie jestem osamotniony. Po prostu nikt ich dotychczas nie sprecyzował, a problem był generalnie bagatelizowany. Dopóki w Polsce żyjemy i z Polakami dyskutujemy, do dyspozycji mamy nasz własny język. Czy erudycję i obeznanie pokazujemy, faszerując mowę tonami anglicyzmów? Nie! Angielski to w świecie współczesnym podstawa, a nie żaden atut. Specjalizacja specjalizacją, lecz od dawien dawna naprawdę światłe umysły orientowały się także w innych, niekoniecznie pokrewnych dziedzinach nauki i kultury. Pokazując, że kwestia języka ojczystego nie jest nam obojętna, dajemy do zrozumienia innym, że jakby nie było, jesteśmy bardziej lojalni od kosmopolitów, co to jadą wyłącznie tam, gdzie im cieplejszą zupę dadzą, ignorując otoczenie. Tak, trąci to nieco filozofią oraz ideologicznym patosem, ale w końcu jest to prawda. Takie drobnostki, jak wybór między "walidacją" a "kontrolą" mówią sporo o naszej tożsamości, zaś sama informatyka naprawdę wiele może zyskać na takiej małej reformie. W przeciwieństwie do takiej chemii, o kwestie techniczne ociera się wielu szarych użytkowników, których zalew angielskich słów w opisie czegoś może autentycznie przerazić i zniechęcić do podejmowania jakichkolwiek samodzielnych kroków. Przecież jako programiści nie tworzymy dla siebie, ale dla ludzi, którzy niekoniecznie muszą znać genezę słowa "walidacja". Cóż taki człek sobie pomyśli, kiedy programista zagai do niego "Dane, które wpisujesz w formularzu, są walidowane, więc jakby ci się coś pokazywało, nie panikuj". Przed oczami już rysuje mu się jakiś skomplikowany i tajemniczy proces, Bóg jeden wie, co robiący z jego informacjami, które on chce tylko wprowadzić do bazy. Jedno magiczne słówko "kontrola" rozwiązałoby kłopot, ponieważ brzmi ono znajomo nawet dla największego ciecia pod polskim niebem. Poprzez odpowiednie słownictwo możemy o wiele lepiej omówić niektóre sprawy techniczne z naszym klientem, dla którego pracujemy i który zatrudnił nas właśnie po to, abyśmy odwalili większość czarnej roboty. Jeśli nie zmienimy swego sposobu myślenia, za kilkanaście lat powstanie zamknięta i oderwana od rzeczywistości grupka programistów. Dostać się do niej będzie nieziemsko trudno z powodu zawiłości stosowanych terminów, a tymczasem właśnie dzięki świeżej krwi rodzą się nowe idee oraz pomysły. Skoro nawet nowi programiści będą mieli kłopoty, co powiedzą pracodawcy i klienci? Jak będą wyglądać pliki pomocy do programów oraz bibliotek? Pewnie będą dla typowego człowieka całkowicie bezużyteczne. Ot, taki zbiór tekstu powstałego dla samego siebie. Popatrz: mamy teraz strasznie kuriozalną sytuację. Programista może być tak zdolny, że rozwali na łopatki nawet bardzo złożone problemy logiczne, ale nie potrafi sklecić dwóch poprawnych zdań, które obrazowałyby innym, co też on właściwie poczynił, że działa. Jaka jest jego wartość użytkowa? Bliska zeru, chyba że zatrudniamy go dla sztuki i samej radosnej twórczości, a nie poważnych zadań wymagających pracy zespołowej oraz kontaktowania się z klientami. Osobiście nigdy bym kogoś takiego nie przyjął z powodu bezpieczeństwa psychicznego siebie i innych. Szkoda pieniędzy na szkolenie specjalnego tłumacza :), skoro na rynku są setki osób może i mających gorsze zdolności, ale potrafiących jasno wytłumaczyć, jak coś ma działać.

Jaką drogę ostatecznie wybierzesz, zależy od Ciebie. Tu jedynie zasygnalizowałem problem i podałem kilka powodów, dla których powinno się nim zająć. Osobiście popieram terminologię opartą na języku polskim jako czytelniejszą nie tylko dla programistów, ale i dla użytkownika końcowego, który dzięki temu też ma szansę coś z tego zrozumieć. Nie dajmy się zwariować modzie na język angielski, w końcu jest to tylko narzędzie. Pokazywać swoje zdolności możemy na setki innych, bardziej miarodajnych sposobów.

Dla redaktorów EIOBA.COM i innych: Jeśli czytany artykuł udostępniony jest na licencji Creative Commons, to proszę wgrywać go do własnych baz danych z takimi oznaczeniami o autorze, jakie chcę aby były i o jakich jest informacja w pliku PDF. Nie mam zamiaru latać po całej sieci i każdemu z osobna te sprawy wyjaśniać. Jeśli natomiast jesteś z EIOBA.COM, nie wgrywaj tego tekstu - sam mam tam konto i uczynię to osobiście w odpowiednim czasie.

© Tomasz "Zyx" Jędrzejewski 2005 - 2012 | Wykonanych zapytań: 1 | Serwer wirtualny zapewnia