Nie śpij strażniku...

Krótkie opowiadanie o perypetiach strażników granicznych Spateckiej Republiki w Yermenii.

Ost. modyfikacja: wtorek, 11 kwietnia 2006

- Jugoš! - poranną ciszę rozdarł basowy ryk - Jugoš! Wyłaźże z tej kanciapy!
Okno parterowego murowanego domku otwarło się i ukazała się w nim brodata twarz.
- O, Peter! Co tu robisz? Jest szósta rano!
Umundurowany mężczyzna na oko po trzydziestce strzepnął niedbale palonego właśnie papierosa.
- Pisemko z komendantury. Za dwie godziny przybędzie do was ten nowy młodzik na praktykę. Macie się nim zająć.
- Acha... - przeciągnął się Jugoš, nadal wyglądając przez lekko przybrudzone okno - nie ma sprawy. W końcu to mój obowiązek. Coś jeszcze?
- Nie...
- To zmykaj już, ja tu muszę się wyspać jeszcze przed służbą. Jeszcze nie mój czas.
Okienko zamknęło się. Niedbale czyszczone szyby, na których widniały ślady po niedokładnym myciu, zatrzęsły się z brzękiem.
Jaroš pracował dla spateckiej służby granicznej jako strażnik. Do jego obowiązków należało głównie wykonywanie patroli północnej granicy Spateckiej Republiki sąsiadującej w tym miejscu z Królestwem Ferrintu. Zresztą nie tylko w tym. Spatecja była niewielkim krajem położonym na wschód od Gór Legnickich w krainie zwanej Lamunia. Powstała przed tysiącem lat, gdy zachodnia część Ferrintu została najechana przez ludy slawijskie i podbita. Jedno z nich, spateci, zorganizowało się w paru dawnych królewskich prowincjach w samodzielne państwo. Przez wieki Spatecja z różnym skutkiem starała się utrzymać niezależność od Ferrintu, podobnie jak sąsiednia mniejsza Niżska Krajina. Było to dosyć trudne, bowiem niefortunnym zbiegiem okoliczności zdobyte tereny niemal wrzynały się w wyżej wymienione królestwo tak, że otoczone były przez nie od wschodu, od północnego zachodu oraz od północy, gdzie Ferrint cały czas utrzymywał się w nadbrzeżnych fortach i twierdzach, nie dając ich sobie wydrzeć. Granice te przebiegały bez przerwy po równinach oraz wzdłuż rzek, co sprawiało, że w przeszłości stale miały tu miejsce zatargi, bitwy oraz całe wojny. Obecnie jednak panował względny spokój. Ferrint był trudnym sąsiadem, że o jego rozmiarach nie wspominając, wszak rozdzielał on Yermenię na dwie części, sięgając od morza do morza. Cóż, w tych czasach nie miało to już aż tak dużego znaczenia. Był rok 2905. Ludzkość zafascynowana była demokracją. Bogaci jeździli automobilami, świadcząc o postępie kraju, a najnowszy wynalazek - radio - elektryzował wyobraźnię. Wszyscy zgodnie sądzili, że Zeę czeka świetlana przyszłość.
W przeciwieństwie do Ferrintu, Spatecja była dosyć ubogim krajem zdominowanym przez rolnictwo. Rząd wprawdzie rządził, ale nie był to jakiś powiew siły witalnej dającej iskrę do dynamiczniejszego rozwoju. Dlatego też na barkach służby granicznej spoczywało baczenie, aby zbyt dużo obywateli nie przedostało się do bogatego sąsiada, który zresztą sam pomagał w ochronie. Jemu także przecież nie leżał napływ imigrantów, zwłaszcza tych nielegalnych.
Jugoš pracował jako strażnik graniczny już szesnasty rok. Jego "rewirem" był fragment granicy długości trzynastu kilometrów, od strażnicy, w której odwalało kitę jeszcze szesnastu innych ludzi, do okolic miasteczka Vogodiče. Morze leżało zaledwie sześćdziesiąt kilometrów na północ, ale ten wąski pasek terenu należał właśnie do Ferrintu, a zwany był potocznie Ferrintem Zachodnim.

Rozklekotany budzik zaczął terkotać. Wybiła godzina ósma rano. Jugoš, zdążył się już umyć w beczce wody stojącej na tzw. prywacie za strażnicą i niecierpliwie oczekiwał przyjazdu młodzika. Wiedział o nim tyle, że skończył publiczne gimnazjum, mając tym samym średnie wykształcenie, oraz że pochodził z południa. Kwadrans po ósmej, gdy Jugoš ubrany w mundur kończył jeść śniadanie razem z dwoma innymi strażnikami, na dworze rozległ się klakson automobilu. Cała trójka wybiegła na dwór. Wąską, asfaltową wstęgą nadjeżdżał wolno czarny pojazd. Słońce wisiało już dość wysoko, oświetlając go w całej krasie. Asfaltowa droga biegła z południa, z wioski Latica. Jej zabudowania były dobrze widoczne pośród złociejących lipcowych pól. Obok niej stała parterowa strażnica, z czerwonym, spadzistym dachem. Za nią znajdowało się niewielkie podwórze zwane właśnie "prywatą", a kilkadziesiąt metrów na północ stały już słupy graniczne oraz ferrincki płot. Tu też urywała się droga, przechodząc w ścieżkę biegnącą wzdłuż niemal całej granicy. Na wschodzie biegła dalej przez łąki i pola, ale na zachodzie wpadała do lasu. Tego jednak Jugoš nie patrolował. Jego nowy podkomendny również nie będzie. Samochód stanął wreszcie na poboczu. Wysiadło z niego dwóch ludzi mniej więcej jednakowego wzrostu, z tym że tylko jeden miał brodę. Był to porucznik Varašak.
- Przywieźliśmy wam stażystę na przeszkolenie - rzekł służbiście - tak, jak to zawiadamialiśmy w listach. Sprawy formalne, myślę, że są wam znane. Stażysta - kontynuował, poklepując drugiego przybysza po ramieniu - zwie się Jaroslav Miša i pochodzi z miasta Tužica. Proszę, podpiszcie jeszcze się tu, tu, tu, tu, no.... na tych wszystkich papierach. Możecie je później podesłać pocztą, bo mi szkoda czasu. Żegnam.
Wręczywszy Jugošovi całą stertę papierów, wsiadł do samochodu i odjechał. Niezbyt daleko wszak, bowiem pojazd zatrzymał się paręnaście sekund później, gdyż kierowca zapomniał wyjąć bagaż młodzika. Ten z kolei stał sobie w najlepsze na trawniku, ciekawie rozglądając się na wszystkie strony.
- Co tak stoisz, młodzieńcze? - zagaił rozmowę Jugoš - może pójdziesz po bagaż? A przy okazji.... jestem Jugoš Dirič.
Do mowy powitalnej włączył się drugi ze strażników.
- Miło nam cię powitać. Jam jest Stanislav Madej, a to - ciągnął, wskazując na trzeciego strażnika - Slavomir Rošak.
- Mnie również - odezwał się młodzik - ja zostałem już przedstawiony, zatem pójdę po bagaż.
Cała trójka patrzyła z uwagą na poczynania "nowego".
- No no no, niezłe ziółko nam się trafiło - przyznał Rošak, zapalając papierosa - Jugoš, urób go tu odpowiednio.

Dwie godziny później Jugoš ruszył z przybyłym na codzienny patrol granicy. Pogoda była znakomita, ani za gorąco, ani za zimno. Słońce świeciło, aż miło, czasami tylko przysłaniane przelatującymi chmurami. Obaj strażnicy szli sobie spokojnie, prowadząc rowery służące do ewentualnej ewakuacji lub pościgu.
- Dobra Jarek, więc to jest granica - zaczął Jugoš - a co się robi z granicą?
- Zapewne pilnuje się jej - odparł spokojnie młodzik
- Nic bardziej trafnego! Byłeś już wcześniej na granicy?
- Tak.
- I pewnie wiesz, po co są te wszystkie słupki?
- Wiem, teorię znam.
- No... dobrze, dobrze - powtarzał Jugoš pod nosem, zapalając papierosa - to teraz patrz. Idziemy sobie wzdłuż granicy od naszego domku do okolic miasteczka Vogodiče. Tam przerywamy patrol i idziemy na piwo. Jak się napijemy, wracamy z powrotem tą samą trasą aż do naszego domku. Jemy obiad i ponownie idziemy do miasta na piwo. Później wracamy, pół godzinki przerwy na czytanie gazety i jeszcze raz idziemy na piwo. Kiedy wracamy, jest już dziewiętnasta i się kończy nasza zmiana.
- A jak kogoś spotkamy?
- To najpierw tłumaczymy mu, że powinien się oddalić. Jak nie posłucha, pałujemy.
- A jak będzie miał broń?
- To najpierw strzelamy, a potem pałujemy i odstawiamy do aresztu.
- A jak będzie miał dużo kolegów ze sobą?
- Aaa..... - zaciął się Jugoš - to zależy od tego, dokąd zmierza. Jeśli do Ferrintu, to pryskamy do strażnicy i dzwonimy do nich, że im transport nielegalnych imigrantów idzie i wymyślamy, że są za bogaci.
- A jak do nas?
- To również pryskamy do strażnicy. Najpierw dzwonimy do ferrinckich strażników i wymyślamy im, że nie potrafią dobrze pilnować. Potem do naszej policji, że kontrabanda przeszła i idzie do tej a tej wioski.
- Na ile to jest skuteczne? - dopytywał się Jaroslav
- A ja wiem? - zamyślił się Jugoš, drapiąc po brodzie i patrząc w niebo - pół na pół. My mamy rowery. Oni plan. Jeśli nawalą nam rowery, udaje im się. Jeśli im nawali plan, udaje się nam. I tak to się toczy cały czas.
Rozmowa trwała dalej. Jugoš, po omówieniu ogólnych spraw związanych z pilnowaniem granicy, przeszedł do opowieści i legend pograniczników. Opowiadał o jego największych zatrzymaniach, o klęskach oraz różnych śmiesznych sytuacjach, jakie zdarzały się strażnikom. Czas płynął bardzo szybko. Tak szybko, że ani się objerzeli, a już przed nimi rozciągał się widok na Vogodiče. Doszli do czerwonego słupa, znacznie większego od innych. Jugoš powiedział, że to koniec ich patrolu. Dalszy, bardzo krótki (ale zawsze) kawałek granicy podlegał vogodickiemu przejściu granicznemu, a oni mogli teraz skręcić prosto do miasteczka. Od słupa prowadziła w głąb kraju wąska ścieżka, dołączająca paręset metrów dalej do drogi. To nią wkroczyli do Vogodičov. Miasteczko to wyglądało podobnie, jak wiele innych w tamtych czasach. Stosunkowo kręte, acz szerokie ulice, niewielki rynek z kolorowymi kamieniczkami i ratuszem, a cała reszta drewniana. Przy niewielkich domkach gospodynie utrzymywały małe ogródki kwiatowe. Z tyłu znajdowały się zabudowania gospodarcze. Na rynku mieściły się dwie gospody: "Pod ostrogą" oraz "Pod Kajdachem". Jugoš skierował się ku tej drugiej, tłumacząc, że podają tam wyśmienite piwo. W gospodzie spotkał paru znajomych, którym przedstawił Jarka. Wszyscy wymienili się różnymi wiadomościami, dokończyli swe złociste napoje i ponownie rozeszli się do zajęć. Miasteczko to odwiedzili tego dnia jeszcze dwa razy.
Dni na strażnicy powoli płynęły. Patrole wyruszały na granicę i wracały. Tylko raz zatrzymana została jakaś przyślepawa babka, która próbowała wozem przejechać na stronę ferrincką. Pouczono do okulisty. Zmieniła się pogoda. Trochę pokropiło, a wiatr zaczął dąć mocniej. Piątego dnia podczas porannego patrolu Jaroslav zwrócił uwagę na ślady na ziemi.
- Patrz, ślady stóp.
- O widzisz, właśnie znaleźliśmy trop kontrabandy. Błoto wciąż jest świeże. Myślę, że byli tu niecałe pół godziny temu.
- Tak w biały dzień?
- A w biały, a co im? Ferrintowi akurat na kontrabandach niezbyt zależy, bo to nam kasuje się cło. No... - dodał po chwili Jugoš - chyba, że takowe idą do nich, co się zdarza dość rzadko. Ale nieważne. Co teraz robimy, Jareczku?
- Jedziemy do strażnicy i telefonujemy do Ferrintu, a potem na policję?
- Tak, choć akurat stąd jest bliżej do Vogodičov. Zatem w drogę!
Kontrabandy nie udało się niestety zatrzymać. Wprwadzie policjanci zauważyli paru facetów z tobołkami idących polami, ale zdołali oni uciec. To spowodowało, że komendant strażnicy zarządził zasadzkę. Siedmioosobowa grupka zaczaiła się późnym wieczorem na siódmym kilometrze, w obszarze tzw. "szlaku przemytu". Dalsze cztery osoby ulokowały się na samej linii granicznej, pragnąc zapobiec ewentualnej ucieczce. Wybrali dobrze. Krótko przed północą usłyszeli zbliżające się kroki. Choć noc była ciemna, na tle nieba dostrzegli niewyraźne sylwetki około trzydziestoosobowego przerzutu ludzi do Ferrintu. Maszerowali skuleni, bojąc się wykrycia. Strażnicy, wśród których był także Jaroslav, zaczęli podkradać się w ich kierunku. Do granicy było niecałe pięćset metrów.
- Jarek - szepnął Jugoš - teraz uwaga praktyczna. Część grupy pewnie zacznie uciekać. Teoretycznie powinniśmy wyłapać ich przed granicą, ale w praktyce nic się nie stanie, jak wbiegniemy trochę na terytorium Ferrintu. Ich straż sobie hasa za imigrantami po naszych łąkach, my po ich i jest spokój.
- Cisza tam - przerwał monolog dowódca - zbliżamy się.
Byli już niecałe sto metrów od nielegalnej grupy.
- Teraz - szepnął dowódca.
Jak na komendę, cała siódemka wyskoczyła z trawy, zapalając jednocześnie lampy i strzelając parę razy w powietrze.
- Stać! Jesteście aresztowani! - ryknął jeden ze strażników. Część niedoszłych imigrantów posłuchała rozkazu, padając ze strachu na ziemię. Jednak kilka osób, w tym trzej organizatorzy przemytu, nie dało się. Zaczęli umykać w kierunku granicy. Jeden z nich oddał parę strzałów, ale chybił. Strażnicy otworzyli ogień. Celowali w nogi, bowiem nie chcieli nikogo zabić. Dwóch mężczyzn padło z krzykiem, postrzelonych w uda. Jaroslav, wraz z trójką innych ruszył w pogoń. Gdzieś z przodu rozległ się głośny ryk i posypały się strzały. To czwórka strażników zaczajonych na granicy ruszyła do akcji. Bitwa była zażarta. Sześcioro uciekinierów wpadło, jak burza, do przygranicznego rowu, okopując się w nim i rażąc próbujących podejść kulami. Po dziesięciu minutach podjęli próbę ostatecznego przekroczenia linii granicznej. Zasypując strażników gradem kul, biegli, ile sił w nogach. Było już jednak za późno. Odglosy strzałów zaalarmowały ferrinckich strażników, których oddział pospieszał już ku miejscu akcji. To oni dokonali ostatecznego obezwładnienia. Rozpoczęło się sprzątanie. Jeden z organizatorów zginął od śmiertelnego postrzału w brzuch. Ośmioro ludzi było rannych, w tym dwójka strażników. Spatecki dowódca udał się do ferrinckiego i zaczął opowiadać przebieg zdarzenia. Wszystkich żywych kontrabandziarzy spędzono w kupę. Ferrint zatrzymał do swojej dyspozycji dwóch z nich, będących obywatelami tego kraju i zapewne kolejnymi inspiratorami przedsięwzięcia. Spatecja wzięła całą resztę. Areszt w strażnicy był za mały, by pomieścić taką ilość ludzi. Stąd też całą grupę zaprowadzono do Vogodičov na tamtejszą komendę policji.

Następnego dnia Jugoš oraz młody Jaroslav ruszyli na patrol dopiero około godziny trzynastej, odespawszy uprzednio zarwaną noc. Doszedłszy do miejsca nocnych wydarzeń praktykant zauważył coś dziwnego.
- Czy mi się zdaje, czy ostatniej nocy ten rów był po naszej stronie granicy?
Jugoš spojrzał w stronę rowu. Słupki graniczne stały przed nim, co znaczyło, że znajdował się on po stronie ferrinckiej.
- Eee... coś ci się przywidziało, Jarek. Za dużo wrażeń. Patrz. - wskazał na jeden ze słupków - słupek, jak słupek. Odwrócony dokładnie tak samo, jak zawsze. Kępki trawy tak samo leżą. Uwierz mi, jak się tyle lat przechodziło całą tę trasę, zna się tu każdy kamień. O, a patrz tu. Ten prążkowany duży głaz, leży w takiej samej odległości od słupa, jak zawsze. Wszystko jest po staremu.
- No może...

Sytuacja powtórzyła się tydzień później na patrolu porannym.
- Jugoš, ta granica naprawdę jest przesunięta - stwierdził Jaroslav, przyglądając się dokładnie słupkom - jak babcię kocham, przecież one już są przy naszej drodze, a stały kilkadziesiąt metrów dalej.
- Jareczku, Jareczku - westchnął Jugoš - naprawdę, nie zamartwiaj się takimi sprawami. Granica jest, jak była. Przecież nie potrafi chodzić. Ta droga podlega Spateckiej Komisji Granicznej, może im się zachciało przesunąć ją bliżej słupków.
- Ale...
- Nie "ale". Granice nie chodzą. Granica jest na swoim miejscu i tyle. Przecież to widać czarno na białym.
Po ferrinckiej stronie maszerował tamtejszy patrol złożony z trzech osób.
- Ale zastanawia mnie jedna rzecz - powiedział na ich widok Jugoš - czemu się oni tak tajemniczo uśmiechają? I oczka u nich jakieś takie chytre...
W następnym tygodniu sprawy poszły jeszcze dalej. Nasza dwójka skończyła patrol i, jak zawsze, zeszła na bitą drogę prowadzącą do Vogodičov, w których mieli zamiar spożyć piwo. Nagle przed nimi wyrosła budka pomalowana w ukośne pasy z tabliczką w języku ferrinckim: "Dantor valdĕr", "Granica państwa".
- Dzień dobry - powitała ich urocza dziewczyna - a panowie dokąd?
- Do Vogodičov - odparł Jugoš
- Paszporciki poproszę.
Obaj strażnicy pokazali swoje dokumenty, poczekali na ich podbicie i ruszyli dalej. Jaroslav nagle spytał:
- Od kiedy na NASZEJ drodze do Vogodičov jest przejście graniczne?
- Od kiedy... nie wiem... - zamyślił się Jugoš, po czym palnął się w łeb - o rany, ale my jesteśmy głupi! Zboczyliśmy z granicy i weszliśmy do Ferrintu! Może się nie zorientują.
Jaroslav zamyślił się.
- Hmmm... skoro tak, to małe to vogodickie przejście graniczne.
Po powrocie do strażnicy okazało się, że cała nocna zmiana zatruła się jakimiś nędznymi kiełbaskami i musiała być odstawiona do szpitala. Strażnica nie była na taki obrót spraw przygotowana, więc dowódca postanowił, że tej nocy wyjątkowo nikt na patrol nie pójdzie. Dopiero się następnego dnia kogoś wydzieli.
W nocy dosyć mocno wiało. Jugoš obudził się w jej środku z bliżej nieznanych przyczyn. Zataczając się z powodu senności, skierował swe kroki do kuchni, gdzie napił się wody. Niespodziewanie zdało mu się, że słyszy na polu jakieś nawoływania po ferrincku, było to jednak bardzo niewyraźne i doszedł do wniosku, że to z powodu nagłej pobudki. Nieniepokojony przez żadne inne odgłosy wtoczył się do swojego łóżka i ponownie zasnął.
Rankiem obudziło go stukanie w jak zawsze brudne szyby.
- Halo! - darł się ktoś - Halo! Jest tam kto?
Jugoš spadł z łóżka. Klnąc, na czym świat stoi, odział się w jakieś palto i otworzył okno.
- Co jest, Peter? - zapytał ponurym głosem - Czemu mnie zdzierasz ze snu o siódmej rano? I czemu masz na sobie taki śmieszny mundur?
- Pisemko przyszło. Przeczytaj, to się dowiesz.
Jugoš wyszedł na dwór przed strażnicę. Ziewając, zabrał się za czytanie. Nagle wybuchnął śmiechem.
- Co to za jakieś głupie żarty? "Witamy w Ferrincie. Mamy nadzieję, że będą się państwo u nas doskonale bawić. Pragniemy zaiwadomić, że dziś o godzinie dwunastej rozpocznie się demontaż dotychczasowej administracji." Hahaha! Bardzo śmieszne!
- Śmieszne?! - żachnął się Peter - Jugoš, to fakt! Spójrz na ścianę waszej strażnicy!
Jugoš odwrócił się i ujrzał na murze olbrzymi napis namalowany pospiesznie niebieską farbą:

NIE ŚPIJ STRAŻNIKU, BO CI GRANICĘ PRZESUNĄ!

Epilog
Jaroslav miał rację, granica MOŻE chodzić. Czternastego lipca 2905-go roku Królestwo Ferrintu zaanektowało 1328 km2 terytorium na północnym wschodzie Spateckiej Republiki poprzez zwyczajne przesunięcie w nocy linii granicznej. Na zajętym obszarze znajdowało się osiem miast, w tym Vogodiče liczące wtedy osiem tysięcy mieszkańców. Akcja była poprzedzona licznymi, maleńkimi przesunięciami słupów granicznych, najczęściej o nie więcej, niż pięć metrów. Wobec braku jakiejkolwiek reakcji, król Józef II zdecydował o aneksji wspomnianego terenu. Dotychczasowa linia graniczna została ustalona sześćdziesiąt lat wcześniej na mocy kompromisu. Ferrint otwarcie nie zgadzał się z zawartymi w niej ustaleniami i przez cały ten okres rościł sobie pretensje do niektórych części Spatecji. Jedną z nich była właśnie okolica Vogodičov, obszar zamieszkany przez rdzennie spatecką ludność.
Ferrincka aneksja spotkała się z ostrą krytyką innych krajów, lecz nie spowodowało to zmiany sytuacji. Stosunki dyplomatyczne między Spatecją i Ferrintem zostały zamrożone dziewiętnastego lipca, razem ze wszystkimi przejściami granicznymi. W 2906 roku Ferrint wypłacił w ramach rekompensaty ponad 130 mln. koron oraz ponownie nawiązał łączność dyplomatyczną. Niemniej jednak kontakty między tymi dwoma krajami były dosyć chłodne i obfitowały w wiele sporów dotyczących administrowania anektowaną częścią przez Ferrint. Ten w 2931 roku uznał ją za obszar o ograniczonej autonomii, co dało mieszkańcom prawo do korzystania z języka spateckiego w urzędach oraz lokalnych mediach.
Konflikt graniczny między Spatecją, a Ferrintem został ostatecznie rozwiązany w roku 2994, dwa lata po Wielkiej Wojnie Yermeńskiej. Oba kraje wymieniły się spornymi terytoriami. Ferrint oddał wschodnią część Nadlorenii, okolice Vogodičov (Ferrint Zachodni) oraz kilka nadgranicznych wiosek i miast należących dotychczas do centralnej części kraju. Spatecja oddała region miasta Kavorec oraz południową część Płażyc, dotychczas wchodzącą klinem w ferrinckie terytorium. Poniżej dołączona jest mapka przedstawiająca omawiany obszar w roku 2980:

Dla redaktorów EIOBA.COM i innych: Jeśli czytany artykuł udostępniony jest na licencji Creative Commons, to proszę wgrywać go do własnych baz danych z takimi oznaczeniami o autorze, jakie chcę aby były i o jakich jest informacja w pliku PDF. Nie mam zamiaru latać po całej sieci i każdemu z osobna te sprawy wyjaśniać. Jeśli natomiast jesteś z EIOBA.COM, nie wgrywaj tego tekstu - sam mam tam konto i uczynię to osobiście w odpowiednim czasie.

© Tomasz "Zyx" Jędrzejewski 2005 - 2008 | Wykonanych zapytań: 1 | Serwer wirtualny zapewnia