- No i skończyło się politykowanie - rzekł książę Arian Vizzen, wchodząc do niewielkiej komnaty wewnątrz swego zameczku.
- Goście już odjechali? - zapytał szlachcic Janus przebywający w tejże komnacie.
- Tak. Znowu zostaliśmy sami pośród tych przeklętych bagien.
Arian podszedł do okna, z którego obserwował zachód słońca nad mokradłami. Kątem oka dostrzeł światełka wozu ostatniego gościa, niknące powoli w oddali. Wielkie Polowanie to jedna z niewielu rzeczy, jakie mógł zaoferować możnym mały kraj, którego 90% powierzchni zajmowały bagna i podmokłe łąki. Była to także jedyna okazja w roku do zamanifestowania swojego istnienia. Kraj ten, zwany Haaghiną, co w języku ferrinckim znaczy mokradło, był jednym z dużej grupy niewielkich księstw położonych na północnym zachodzie Krainy Latających Siekier słynącej ze swego rozbicia politycznego. Leżał w samym środku półwyspu Mitrain, środkiem którego płynie potężna rzeka Rozza. Zaraz za Haaghiną rozlewa się ona w równie potężną, bagnistą deltę uniemożliwiającą komunikację między państewkami. Księstwo graniczy z nią od północy, natomiast na pozostałych stronach świata styka się kolejno: od zachodu z Revią, od wschodu z Valgarrow, a od południa z Lagarą. Za Regią leży jeszcze Zoggard, a ponad nią jest Ravengard, nieformalna stolica całego regionu. Stąd został już tylko krok do Zatoki Sarturskiej, wokół której księstwa są skupione. Na jej przeciwległym brzegu położone jest miasto Sarturia stale rywalizujące z Ravengardem. Za kolejnymi księstwami leży Osthock oraz najpotężniejsze królestwo w tym regionie - Królestwo Ferrintu.
Aby zaznajomić się z sytuacją etniczno-polityczną cofnijmy się na krótko do historii. Dawno, dawno temu, gdy jedynym państwem w Yermenii było Cesarstwo Kallitat, Kraina Latających Siekier była zamieszkana przez wszelkiej maści plemiona barbarzyńców, a jej ówczesny obszar sięgał znacznie dalej na zachód, aż nad rzekę Senę. Granica ta utrzymała się nawet po jego upadku, przy czym co jakiś czas wypadała przez nią na krótkie gwałtuciechy armia Pierwszego Królestwa Ferrintu. Jednak w 1750-tym roku także i ono poszło z dymem, a jego mieszkańcy zepchnięci przez plemiona slawijskie na wschód. Po odrodzeniu się w 2050-tym roku, Ferrint także musiał się przesunąć, aby się nie udusić. Ponadto uzyskał ogromne i bogate krainy na południe od Gór Dzielących Ferrint Na Pół (i wtedy nazwa ta zaczęła mieć sens). Był to czas zamętu, ale w jego trakcie rozpoczęła się cywilizowana kolonizacja całej Krainy. Od wschodu parli uciekinierzy z Ferrintu, którzy woleli utworzyć tu własne księstewka, a od zachodu - regularna kampania osadnicza Królestwa Sem. Oba te prądy zetknęły się na rzece Rozza i do dziś właśnie tam mniej więcej przebiega granica etniczna.
Sem z różnym skutkiem, ale mimo wszystko w jakiś sposób kontrolował sytuację w swojej części. Ferrint miał z tym poważne problemy. Prawdę powiedziawszy problemy miał nawet z utrzymaniem własnego terytorium w ryzach i dopiero przed kilkudziesięcioma laty wyszedł na prostą. Obecny król, Alfons III, kontynuował chwalebny pochód swego ojca i w roku 2550 jego armie powoli zbliżały się do Rozzy oraz Zatoki Sarturskiej, stopniowo uzależniając od siebie kolejne księstwa. Wtedy władca rzekł, że chciałby ujrzeć prawdziwą rzeźnię. Tylko dzięki zbyt dosłownemu podejściu do jego słów ostateczne uderzenie miało miejsce cztery lata później. Gdy sukces ekspedycji był bliski, nastąpiła seria cudów. Po raz pierwszy ravengardzcy władcy zawarli wspólny sojusz wojskowy nazwany od miejsca założenia Unią Ravengardzką. Ich siły najpierw zatrzymały natarcie, a potem przeprowadziły tak skuteczny kontratak, że z rozpędu zajęły dwie ferrinckie prowincje, gdzie oczywiście powstały kolejne księstwa. Sojusz istnieje do dzisiaj, próbując zapobiec tarciom w regionie oraz tworząc przeciwwagę dla silnego Księstwa Sedanii leżącego w centralnej części Krainy Latających Siekier.
W Unii Ravengardzkiej Haaghina gra taką samą rolę, jak przed jej powstaniem, czyli niewielką. Zważywszy na wybitnie niekorzystne warunki geograficzne, nie jest to wielka sztuka. Jedynie wzdłuż Rozzy rozciąga się wąski pas ziemi nadający się do uprawy i pobudowania. Stolica księstwa, Wieś Stołeczna, będąca oczywiście miastem, ma średnicę około kilometra, a w obrębie jej murów mieszka 3116 dusz. Część chat stoi opuszczona i powoli niszczeje. Pozostała część kraju jest niemal bezludna ze względu na moczary. Nie pomaga nawet najdalej wysunięty na północ ku morzu, piękny most na Rozzie, bowiem dojazd do niego od strony Ravengardu jest po prostu koszmarny. Ludzie jeżdżą do Lagary na południu, nadkładając drogi, ale i nie ryzykując chodzenia po bagnie, co bywa bardzo wciągające.
Obecnie księciem Haaghiny był właśnie Arian Vizzen, wysoki mężczyzna w sile wieku, który szybko zbliżał się do pięćdziesiątki. Na głowie miał siwiznę, a na twarzy zoranej wiatrem pojawiały się pomału zmarszczki. Nosił krótko przycięte wąsy, wedle ówczesnej mody. Żona Ariana, Irvina, zginęła przed dwoma laty, gdy pod jej wozem osunęła się ziemia, a wszystko wpadło do błotnistego stawu. Dwudziestoczteroletni syn Farnis balował gdzieś na drugim końcu świata. Jedynie siedmioletnia córka, Yvone, mieszkała nadal w Haaghinie pod czujnym okiem pani Tamiry, do której nauczyła się już mówić "ciociu". Natomiast w ratowaniu kraju przed zapomnieniem pomagała mu grupka szlachty wierzącej w wyższe ideały oraz Jedyny Korpus Bagienny Haaghina.
- Arian, co teraz? - powtórzył po raz kolejny Janus, wyrywając Ariana z zamyślenia.
- Wybaczyć, wspominałem historię - odparł Arian, po czym westchnął głęboko. - Nadchodzi październik. Trzeba nam ze zbiorem trzcin zaczynać.
Trzcina była jednym z niewielu towarów eksportowych Haaghiny. W regionie była głównym źródłem opałowym, ponieważ lasy poza bagnem już dawno powycinano. Dawała krajowi niezbędne minimum dochodów.
- Możemy się tym zająć jutro - powiedział Janus. - Przy tej okazji sprowadź trochę ciepłego odziewku, bo od tego porannego zimna można cholery dostać.
Arian spojrzał jeszcze raz w okno i poszedł szykować się do snu. Od cholery jest lekarz, a nie on.
Następny dzień był, jak zwykle, zimny. Promienie porannego słońca z trudem przebijały się przez potężną ilość szarawych chmur wędrujących po niebie. Wieś Stołeczna powoli wynurzała się z mroku, a jej obraz nie był najciekawszy. Wbrew swej nazwie, było to jedyne na terenie Haaghiny, zbudowane jeszcze na modłę średniowieczną miasto, które leżało kilkadziesiąt metrów od Rozzy, na wąskim naturalnym wale oddzielających ją od bagien. Otaczały je ceglane mury o wysokości dochodzącej do ośmiu metrów, w których wybite były trzy bramy: od zachodu, w kierunku Ravengardu, od wschodu w kierunku mostu oraz brama południowa zwana Orlą, skąd wybiegała droga wzdłuż rozciągających się na wale małych poletek uprawianych przez mieszkańców. W mieście dominowała zabudowa drewniana, jednorodzinna. Piętrowe kamieniczki pobudowane były wyłącznie wzdłuż głównej ulicy prowadzącej od jednej bramy do drugiej. To samo dotyczyło również "dzielnicy" centralnej, w pełni murowanej. Stał tam ratusz, magazyny, kamienice lokalnej szlachty oraz sehaicka świątynia, sakverum, gdzie w każdą niedzielę modlono się do Świętej Konsoli. Na południowym zachodzie, tuż przy ulicy wiodącej zbłąkanego nieszczęśnika do Orlej Bramy, stał na wzgórzu zamek Ariana Vizzena. Po drugiej stronie, tuż przy murze, pobudowane były koszary korpusu bagiennego. Ogradzający je mur nie był w pełni wykończony od ponad stulecia i zamiast niego stała drewniana palisada. Gospodarstwa stały ciasno skupione wzdłuż żwirowo-błotnych uliczek, jednak część z nich była opuszczona. W zabudowie panował ścisk, bowiem mieściła się ona na tak małej przestrzeni.
Gdy słońce wzniosło się wysoko, Wieś Stołeczna przebudziła się do życia. Kaczki i kury człapały po uliczkach, gospodynie robiły pranie, a dzieciaki znowu wymyśliły jakąś idiotyczną zabawę. Arian zszedł po zboczu wzgórza zamkowego w swą dziedzinę i powoli zmierzał w kierunku rynku, jedynej brukowanej powierzchni. Znajdowała się na nim mównica, z której zamierzał skorzystać. Dotarłszy do niej dostrzegł, że na gongu, którego dźwięk zapowiadał przemowę, wisiała deska z wyrytym pospiesznie przez dłuto napisem: "Gong nieczynny - awaria". I rzeczywiście, okazało się, że ktoś sprywatyzował belkę służącą do uderzania weń. Arian, nie namyślając się długo, "pożyczył" sobie od jednej z gospodyń garnek z łyżką i to nim ogłosił swą mowę. Pod mównicą natychmiast zebrał się tłumek przypadkowych ludzi, którzy na swoje nieszczęście znaleźli się w pobliżu.
- Waćpanowie i panie, obywatele Wsi Stołecznej, wczoraj zakończyło się Wielkie Polowanie. Zysk z niego osiągnęliśmy znaczny, to jest 1830 koron. 600 koron przeznaczamy na utrzymanie chorągwi haaghińskiej, trzysta na utrzymanie pól, trzysta na wsparcie pozostałych osiedli, sto na budowę drogi, a resztę na zimowe zakupy żywności. Do opłacenia nadal mamy utrzymanie budynków i miejskich murów, utrzymanie targu miejskiego, utrzymanie służby, promocję i reklamę w prasie zagranicznej i inne rzeczy, które nie powinny waćpaństwa interesować. Część wydatków pokryją oszczędności, natomiast drugą część zyski z kolejnego zarobku. Jutro bowiem oto rozpocznie się zbiór trzciny. Chętni tradycyjnie niech zgłoszą się do dzisiejszego wieczora u rekrutarza, który przydzieli zadanie. Pozostałe szczegóły dostępne w kancelarii czynnej od piętnastej do kiedy mi się chce.Mieszkańcy poklaskali trochę z przyzwyczajenia, po czym powrócili do swych zajęć. W rozchodzącym się tłumie Arian dostrzegł jednego ze szlachciców, Piotra, zarządcę dzielnicy wschodniej. Szybko podbiegł do niego i rzekł:
- Piotrze, dobrze że jesteś.
- Cóż się stało? - zapytał Piotr.
- Trzysta koron. Na pachołków. Na jutro.
- Zdobyć? - spytał Piotr dla pewności.
- Zdobyć, ukraść, zgwałcić publicznie krowę, cokolwiek! Jeno być musi.
- Waść się nie konfuduj tak. Jest aż tak źle?
- A jak myślisz? - zapytał ironicznie Arian. - Wszystko idzie na bieżącą działalność, ze skarbca pozostał mi jedynie worek grajcarów przeznaczony na czas kryzysu.
- Ile w nim jest?
- Trzy grosze.
Nawet na sznur do powieszenia się nie starczy, pomyśleli obaj, a Piotr popatrzył na księcia ze współczuciem. Wiedział, ile trudu kosztuje go ostatnio ciągnięcie księstwa przed siebie. Po wojnie z Ferrintem sytuacja pogarszała się coraz bardziej. Pieniędzy brakowało nawet bieżącą działalność. Jedynym ratunkiem byłoby wybudowanie przyzwoitego traktu do granicy z Revią, co przy tak skąpym finansowaniu nie miało szans powodzenia. Ceny drewna równały pomysł z ziemią. Aby ulżyć strudzonej duszy, Piotr zaprosił Ariana do swej kamieniczki usytuowanej tuż przy wschodniej bramie.
- Przyrządziłem herbatę - rzekł, wnosząc kubek gorącego napoju. Pokoik był niewielki i wykończony na modłę wiejską. Ciężkie, drewniane meble miały bardzo małe rozmiary, a dwie osoby z trudem by się przez nie przecisnęły. Lampy nie było, całe światło pochodziło z jedynej dużej rzeczy: okna. Arian szybko poczuł, że jego krzesło nie jest nawet należycie oheblowane. Wieczorem będzie musiał poprosić kogoś o wyrwanie drzazg z siedzącej części ciała...
- Dzięki wielkie, tego mi było trzeba - podziękował, jakby nic się nie stało. - Gdzie Maria?
- W Ravengardzie na zakupach. Wiesz... wyprzedaż posezonowa...
- O tak, moja świętej pamięci luba także tam jeździła.
- Co porabia Janus? - zmienił temat Piotr, bojąc się, aby herbatka nie zmieniła się w kolejną stypę.
- Papierkowa robota. Kazałem mu sporządzić ukazy na zbiory trzciny.
- A co z pieniędzmi, oprócz tej kwoty na pachołków?
- Wyliczyłem, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to zbankrutujemy za dziesięć miesięcy.
- A jak nie pójdzie?
- Wtedy za pięć.
- Miło słyszeć. Acha... skoro jesteś, to posłuchaj...
Piotr wstał, odwrócił się w kierunku małego biurka w rogu i zaczął rozgrzebywać znajdujące się na nim szpargały. Poszukując czegoś zapalczywie, strącił kałamarz, a czarna posoka atramentu zalała podłogę.
- Co waść robisz... - mruknął Arian, podnosząc nogi i rozglądając się za jakąś szmatą.
- Co ja robię? - głupkowato odparł Piotr, pochłonięty poszukiwaniem.
- Nie, ten łysy gość przypominający Wielkiego Fubu, który stoi za tobą! - zirytował się Arian. - Szmatę daj jakąś.
- Jaki Wielk... nieważne. Masz tutaj list od mojego przyjaciela z Tajgaru. - Piotr odwrócił się, wręczając świstek papieru Arianowi, zawadziwszy przy tym o klepsydrę, która także stłukła się na podłodze. - Jest geologiem i chciałby się u nas zatrzymać na kilka dni.
- Jeżeli nie da to żadnych kosztów, to jestem za.
- Ach, nie o to się rozchodzi! - żachnął się Piotr. - Wiesz, co robi geolog?
- Geolog? Ten, co łazi po górach i stuka młotem w skały, a na koniec drze mordę, że znalazł uran 235?
- No mniej więcej. Moglibyśmy go poprosić, aby pooglądał to i owo. Dla nas to jest niewidoczne, ale może on coś znaleźć pośród tego błota.
- Że niby jak? - spytał znowu Arian, nieopatrznie opuszczając nogi wprost w kałużę atramentu. - Daj jakąś szmatę i wytrzyj to cholerne czernidło!
- Spokojnie, na oknie za tobą jest coś. - poinstruował go Piotr, wyciągając głowę w kierunku okna. - Jeśli zaś chodzi o pierwsze pytanie, to normalnie. On się zna, jaka skała leży pod jaką, by na powierzchni była taka, a nie inna gleba.
- Hmmmm..... - mruknął Arian spod stołu, pochłonięty wycieraniem. - Interesujące. Podobne doświadczenie miałem z obiadami syna. Patrzyłem na wierzchnią warstwę, a dokładnie wiedziałem, co się przypaliło, co się zepsuło, na co kot narobił i że generalnie lepiej tego do ust nie brać.
- Właśnie, on też coś takiego zrobiłby u nas. A nuż się okaże, że to bagno leży na wielkiej bryle złota?
- Marzenie ściętej głowy. - odezwał się stłumiony głos spod stołu. - Prędzej się nowy dom d'Erminerów zawali, niż pod tym błotem znajdziemy coś cenniejszego od wielkiej kupy gówna.
Dalszą rozmowę przerwał im dochodzący z pola rumor. Arian wystraszony, rozbił sobie głowę o dolną część wykonanego z solidnego dębu blatu, a nad nim przez stół rzucił się w kierunku okna Piotr. W samą porę, by ujrzeć ostatnią fazę zawalania się nowego domu d'Erminerów.
- Zatem wszystko przed nami - skomentował, kiwając głową.
Każdy wieczór w Haaghińskim Zamku jest nudny, jak flaki z olejem. Po kolacji Arian łazi po całym zamku i w zależności od humoru: klnie na czym świat stoi, rozczula się na czym świat stoi, albo dyskutuje z dworzanami, na czym świat stoi. Poprzez pierwszy stan wzbogaca słowniki mieszkańców zamku o nowe słowa pochodzące niekiedy z bardzo egzotycznych języków. Poprzez drugi rozbudza w nich pokłady namiętności, zastępując najlepsze romansidła, a poprzez ostatni zapewnia im intelektualną strawę na miarę najlepszych filozofów kallickich. Zwykle zmiany te zachodzą rotacyjnie tak, że rozwój psychospołeczny typowej osoby zameldowanej pod adresem "ul. Zamkowa 1, 000-000 Wieś Stołeczna" przebiega w miarę równo. Tego wieczoru wypadała trzecia ewentualność i nawet całkiem nieźle się toczyła, gdy pośród mroku komnat dało się słyszeć przeciągłe stukanie do bramy.
- A to kto? - spytał nagle zdziwiony Arian. Wstał od stołu i rozejrzał się za jakąś ciepłą narzutą. - O tej porze?
W końcu znalazł brązowy koc, zszedł do holu, wydostał się na maleńki dziedziniec i telepiąc się z zimna, krzyknął w mrok:
- Kto tam?
- To ja - odezwał się znajomy głos.
Brama otwarła się przed przybyszem z szybkością światła.
- NIEMOŻLIWE - wrzasnął Arian tak głośno, że aż się okoliczne psy zbulwersowały. Koc zsunął mu się z ramion. - To ty, Farnis! Mój synu!
Pod bramą stał rasowy obieżyświat ubrany w wygodne, podróżne spodnie, skórzane buty oraz tobołek na plecach. Mierzył około stu siedemdziesięciu sześciu centymetrów wzrostu. Spod czapki widać było skrawki czarnych, jak węgiel włosów. Nie zasłaniały one czoła, a wręcz przeciwnie. Zaczesane były zawsze tak, aby było go widać jak najwięcej. Niebieskie oczy komponowały z twarzą, na której odcisnęły już swe piętno przygody. Po lewej stronie znajdowała się niewielka blizna, dostrzegalne były również delikatne szramy spowodowane uderzeniem jakiegoś cienkiego przedmiotu. Całość podkreślała niespotykana w tej części Yermenii opalenizna.
- Tak, to ja - rzekł Farnis na powitanie, wyrywając się z gorącego i pełnego rodzicielskiego uczucia uścisku ojcowskich ramion.
- Synu, weź no powiedz jakiś rzeczownik, a nie ciągle te głupie partykuły i zaimki.
- Sublimacja.
- Ach, jak to pięknie brzmi - zachwycił się Arian. - A coś jeszcze?
- Wróciłem.
- Widzę. Ale co jeszcze?
- Było fajnie, jeśli o to pytasz.
- A czemu tak wcześnie?
- Zaburzenia czasoprzestrzeni.
- Do ciężkiego licha... po cholerę fundowałem ci ten kurs lakonicznego mówienia - stwierdził po raz sto trzydziesty siódmy w życiu Arian.
- I owszem.
- Marsz do środka, bo drzwi otwarte i zimno z pola ucieka.
- Zrozumiano.
Gdy Arian ryglował bramę, Farnis znalazł się już w środku. Rozejrzał się z zaciekawieniem po murach. Nic się nie zmieniło od jego wyjazdu kilka lat temu. Każdy najdrobniejszy szczegół był na swoim miejscu. Na ścianach wisiały te same trofea myśliwskie, w lampie wciąż brakowało trzech świec, a podłogę pokrywał ten sam, wytarty już dywan bladoczerwonego koloru. Przez smukłe, wysokie okna przy ścianie za nim można było ujrzeć gwiazdy na niebie i kawałek wieży. Na balkoniku u góry coś się poruszyło. Zza kamiennej balustrady wyjrzała twarz jakiejś dziewczynki. Farnis domyślił się, że to musi być jego znacznie młodsza siostra, którą widział po raz ostatni, gdy zaczynała dopiero samodzielnie mówić. Tymczasem do środka władował się już Arian, rzucając koc niedbale w kąt.
- Witaj w domu, Farnis - powiedział do syna. Dostrzegłszy Yvone, dodał. - Yvone, chodź zobaczyć, kto przyjechał! To twój brat!
Dziewczynka z gęstymi brązowymi włosami natychmiast znalazła się przy nich i zaczęła przytulać się do podróżnika, który wedle swego zwyczaju nie odzywał się nieporzebnie. Arian popchnął swe dzieci do saloniku przez drzwi obok schodów, po czym zawołał resztę dworzan. Zjawili się niemal natychmiast, zaintrygowani, co tak wstrzymało księcia. Na widok przybysza także i ich ogarnęła szalona radość. Szlachcic Cedar ze swą żoną Tamirą, ich dwie ledwo wydoroślałe córki-dworzanki Ismena i Aetra, kucharka, służący Jan oraz niewolnik Mungus kupiony kilka lat wcześniej w telezakupach; dosłownie wszyscy rzucili się powitać zupełnie niespodziewanego gościa, Farnisa, prawowitego następcę tronu Haaghiny. Po powitaniu pozwolono mu się wreszcie pozbyć podróżnych ciuchów. Wszyscy zasiedli przy stole obok kominka, w którym wesoło buchał ogień, dostarczając miłego ciepła. Farnis balował w kraju Samankawa leżącym na Dalekim Zachodzie na kontynencie Ermania. Statki z Yermenii odkryły tę krainę dopiero kilkanaście lat temu, a orientalne klimaty nagle stały się modne na salonach. W Samankawie mówiono egzotycznym językiem, wyznawano inne wartości, wierzono w innych bogów. Podróż w jedną stronę zajmowała trzy miesiące i biegła przez niebezpieczne wody, na których roiło się od piratów. Pozdróżni yermeńscy, którym udało się powrócić, byli głęboko szanowani w całym społeczeństwie.
- Farnis, ale powiedz, czemuś wcześniej wrócił - pytała go Ismena po dość długiej już rozmowie.
- Och, to nic takiego.
- Co?
- Zabiło się parę osób to tu, to tam i trzeba było wracać.
- A czy napisali ci w paszporcie, że nie możesz wjeżdżać do ich kraju?
W tamtych czasach paszport nie przypominał jeszcze współczesnych dokumentów. Było to coś w rodzaju zezwolenia na wjazd do danego kraju, które trzeba było uprzednio uzyskać u jednego z jego przedstawicieli. O dziwo, niemal identyczne rozwiązanie wynaleziono po drugiej stronie Zei.
- Pewnie - odparł Farnis na zadane mu pytanie. - Popatrz!
- Ale to jest w innym alfabecie - stwierdziła Aetra.
- Ciociu, dlaczego inni ludzie piszą w innym alfabecie? - spytała Yvone Tamiry.
- Wstydziłybyście się - wrzasnęła na Ismenę i Aetrę zdenerwowana Tamira. - Tak przy dzieciach o innych alfabetach rozprawiać!
- Ależ spokój, spokój - rzekł Arian. - Dajcie chłopakowi dokończyć.
- No właśnie - dodał Farnis.
- Kontynuuj, synu.
- Dobrze.
Nastała cisza.
- Kontynuuj, synu - powtórzył Arian.
- Przecież kontynuuję.
- To czemu nic nie mówisz?
- Bo teraz opowiadam podróż do domu.
- Dobra, ale czemu nic nie mówisz?
- W opisie choroby morskiej nie ma nic interesującego.
- To fascynujące - pisnęła Ismena.
Arian spojrzał na swój zegar słoneczny i aż krzyknął ze zdumienia.
- Rany boskie, już siedem godzin po zachodzie słońca! Spać wszyscy!
Następnego dnia Arian był padnięty po nocnych rozmowach, lecz mimo to musiał nadzorować rozpoczęcie zbioru trzcin. Było to niewdzięczne i męczące zadanie, co sprawiło, że dziewiątej rano ponownie położył się spać. Obowiązki przejął jego syn, którego jednak szybko od tego odsunięto, gdy rozkazał dwudziestu ludziom ustrzelić wiatromierz w kształcie koguta na wieży sakverum. Wreszcie minęło południe. Zamkowa kucharka wyjątkowo się postarała i na samą woń Arian, już wyspany, wyskoczył z łóżka. Przepyszny obiad wywiał resztki zmęczenia tak, że poddani po raz pierwszy od trzech lat i dwóch miesięcy ujrzeli swego władcę w doskonałym nastroju. Sam osobiście pomógł przy naprawie wozu z narzędziami dla zbieraczy trzcin, któremu za miastem pękła oś, po czym udał się do ratusza brać się za rachunki. O dziwo, nawet ta czynność nie była w stanie go dziś zniszczyć. Melodyjnym głosem pytał:
- Janus, co znaczy ten skrót "+ 22% VAT" podopisywany na niektórych aktach kupna?
Pod wieczór w mieście nastało poruszenie. Oto bowiem zza rzeki wjechał do niego bogato zdobiony, złotoczerwony powóz ciągnięty przez dwa konie i eskortowany przez ośmiu ludzi. Natychmiast poznano, że musi być to ktoś ważny. Arian spotkał się z nim na rynku, gdy wraz z Janusem szli wysłać ostatnie ukazy. Na ich widok furman zatrzymał powóz. Drzwiczki otwarły się i po posrebrzanych stopniach zszedł dość szeroki jegomość z pulchną twarzą i eleganckim wąsikiem.
- Witamy w Haaghinie! Kogóż to mają zaszczyt widzieć moje oczy? - zapytał uprzejmie Arian.
- Książę Vizzen! - krzyknął przybysz - Więc to jest ta "słynna" Haaghina? Jestem hrabia Sistraimme, bardzo dobry przyjaciel księcia Losenny, Surtèlle'a.
- Od Surtèlle'a więc waść jedziesz? Bywa ci on na naszych polowaniach. Jego zdolności strzeleckie od zawsze budziły u mnie podziw i szacunek.
- Polowania polowaniami, ale za te bajońskie sumy, które waćpan podobno na nich trzaskasz, można chyba postawić przynajmniej jeden przyzwoity budyneczek? - powiedział sarkastycznie hrabia, z rozbawieniem rozglądając się po rynku. Aby jeszcze bardziej podkreślić swe wpływy, niby to od niechcenia oparł swą lewą dłoń na rękojeści paradnej szabli przy lewym boku.
- Jakaś aluzja? - zapytał Arian, marszcząc brwi i przeczuwając przebieg rozmowy.
- Dokładnie, mości panie dobrodzieju! Specjalnie wybrałem się przez to bagno, by na własne oczy zobaczyć ten średniowieczny skansen!
- Może i średniowieczny, ale za to jaki oryginalny? Gdzie taki drugi znajdziesz?
- Może i oryginalny, ale jakim cudem wy tu możecie żyć? - ironicznie skwitował Sistraimme. Po chwili dodał: - gdzie wasza godność?
- Tam, gdzie waści poważanie. Waćpan wyobraź sobie, że ludzie wolą sto razy bardziej żyć wśród wód, niż jęczeć gdzie indziej po jarzmem tego archaicznego feudalizmu. Gospodarczo jesteśmy w tyle, lecz społecznie wyprzedzamy wszystkich o wieki.
- Doprawdy dobre dowcipy opowiadacie. Nie wiedziałem, że waćpana się tak humorek trzyma! Niewiarygodne!
- Masz waść szczęście, że się trzyma - rzucił Arian mimochodem. Godny pożałowania hrabia działał mi na nerwy, ale zachowywał spokój.
- Wy tu dawno chyba forsy nie widzieliście. - ciągnął tymczasem swój monolog Sistraimme, poprawiwszy swój wąsik. - Bo ten most wam chyba za dużo dochodu nie przynosi? Chyba nie będziecie zdzierać za jazdę bagnem?
- I nie zdzieramy. Opłata to tylko jedna korona.
- Przynajmniej i to dobre.
- Ale nie dla Ciebie, mości hrabio - zaśmiał się okrutnie Arian. Spokój się opłacił. - W przeciwieństwie do Lagary, u nas cenimy dobre zachowanie. Na przykład od początku naszej rozmowy naliczyliśmy waćpanu już dodatkowe 97 koron za obrażanie władcy.
- Nie odważysz się tego wyegzekwować - wysyczał hrabia przez zęby, patrząc przenikliwie na księcia.
- A jednak się odważył, kitajec jeden - opowiadał następnego dnia hrabia podczas przyjęcia na jednym z dworów Ravengardu - jeszcze mi naliczył kolejne trzydzieści koron za kwestionowanie słuszności jego "rozkazów"! Śmiechu warte!
Grupka zebranych wokół niego dworzan przy stole z wykwintnymi zakąskami słuchała jego opowieści z zapartym tchem. Wszyscy poubierani byli w paradne stroje z bufiastymi rękawami koloru niebieskiego lub zielonego, w zależności od piastowanego tytułu. Przez ramię przewieszony był złocony, ozdobny sznur, a złote guziki odbijały światła świec na wszystkie strony.
- Strasznie się nam rozcwanił ten Vizzen - podchwycił wątek jeden z nich. - Myśli, że jak ma jedyne bagno znakomite do polowań w całej Unii, to zaraz może takie numery wyprawiać.
- I że jak jako jeden z nielicznych się obronił przed najazdem Ferrintu czternaście lat temu - dodał drugi.
- I że jak jego kraj ma najmniej mieszkańców spośród nas - zawtórował trzeci.
- I że jak jest najbiedniejszy!
- I że jak ma tatuaż "Kocham mamusię" na lewym ramieniu!
- I że jak umie liczyć do tysiąca!
- I że interesuje się językami!
- I że jego syn był w Samankawie! Chyba do uszu waszmości dotarły już informacje o jego powrocie?
Wymieniali tak jeszcze wszystkie możliwe zalety przez ponad dziesięć minut.
- Ale poza tym to nic go nie upoważnia do takiego zdzierstwa!
- Hahaha, ale mam dziś dobry humor - podśpiewywał Arian, wszedłszy do zamku. - Naciągnąłem hrabiego Sistraimme'a na 128 koron!
Dworzanie nigdy nie widzieli go w tak wspaniałym nastroju...














