Diversity to konkurs dla uczniów szkół średnich organizowany przez firmę Motorola. Zespoły złożone z 4 do 6 osób, z czego przynajmniej połowa to dziewczyny, mają dwa miesiące na przygotowanie strony internetowej na zadany temat (w roku 2006 - "Świat bez słów"). Nasza drużyna powstała 13 marca na ostatniej szkolnej przerwie, w ostatnim możliwym terminie rejestracji. W skompletowanym pospiesznie składzie znalazły się: Róża Chojnacka, Katarzyna Czernecka, Monika Rap, Bartosz Rychlak, Romuald Rzeszutko oraz oczywiście ja. Szybko okazało się, że stworzyliśmy nieźle funkcjonującą maszynkę, co zaowocowało dostaniem się do finałowej dwudziestki najlepszych (z ok. 250 zarejestrowanych projektów!) ze stroną "Cenzura, czyli świat bez słów". Ceremonię ogłoszenia ostatecznych wyników i samo rozdanie nagród przewidziano na 19 czerwca w Krakowie i właśnie na relacji z pobytu tam skupię się w dalszej części opisu. Będzie ona mieć charakter chronologiczny, tj. nie ma żadnego wybiegania w przyszłość i uprzedzania faktów. Tych zresztą też nie staram się ani przejaskrawiać, ani tym bardziej wybielać.
Finały zaczynały się już 18 czerwca - w planach przewidziano zwiedzanie i warsztaty w krakowskim Centrum Oprogramowania Motoroli oraz dodatkowe atrakcje w obrębie miasta za stosownymi zniżkami. Ponieważ szkoda tracić taką okazję, ustaliliśmy termin wyjazdu właśnie na ten dzień, ostro wykańczając prezentację i załatwiając wszystkie formalności. W piątek wieczorem nadeszły hiobowe wieści: jeden z członków ekipy, Romek, poważnie zachorował i stanęliśmy przed perspektywą pojechania tam w lekko okrojonym składzie. Kosztowało nas to nieco nerwów związanych z przeróbką prezentacji, ale niektórych rzeczy nie dało się już zmienić (m.in. zamiany podróży koleją na tańsze i w sumie szybsze PKS-y).
Kiedy 18 czerwca w niedzielę stawiłem się dwadzieścia minut po czwartej na podmiejskiej stacji Niska, odetchnąłem z ulgą, że wreszcie jedziemy. O tzw. "wpółdo", jak to się u nas mówi, z mgły wyłoniły się światła pociągu osobowego, którym ze Stalowej Woli jechała już reszta drużyny oraz nasz opiekun: prof. Garbulińska. Załadowałem się z bagażami do środka i ruszyliśmy. Niemiłosierny hałas przestarzałego taboru uniemożliwiał prowadzenie bardziej rozbudowanych konwersacji, lecz na częstych przystankach nadrabialiśmy zaległości. Przed szóstą dojechaliśmy do Przeworska, który robił nam za stację przesiadkową (przy okazji pozdrowienia dla pracowników tejże stacji - karteczka "Przerwa technologiczna" na drzwiach dworca rozbawiła nas do łez :)). Musieliśmy tutaj wsiąść do pociągu pospiesznego relacji Przemyśl-Wrocław, jadącego przez Kraków. Mieliśmy wszyscy wykupione bilety na pierwszą klasę, więc odtąd podróżowało się nam już wygodniej, chociaż gdyby taki Niemiec zobaczył naszą pierwszą klasę, chyba padłby na zawał serca. Dzięki małej ilości postojów na dworcu Kraków Główny postawiliśmy swe stopy o godzinie 9.10. Zgodnie z przesłanymi nam informacjami, powinna czekać tu na nas "dziewczyna z karteczką z napisem Diversity". Odnalazła się bardzo szybko, lecz okazało się, że tym samym pociągiem miał przyjechać też zespół z Rzeszowa. Na peronie nikogo takiego nie było widać, więc zostaliśmy wyprowadzeni przed stację i tam pozostawieni z prośbą, byśmy poczekali chwilkę, aż tamci się odnajdą. Chwilka ta przeciągnęła się do ponad dwudziestu minut. Nie wiem, gdzie się Rzeszowiacy zachomikowali, że ich poszukiwania trwały tak długo; dość, że takie bezczynne stanie nie działało najlepiej na nasze nerwy.
Pogoda w Krakowie była bardzo ładna. Na niebie ani jednej chmurki, słońce prześwitujące przez gałęzie pobliskiego parku otaczającego Stare Miasto i typowy miejski ruch na ulicy. Ruszyliśmy pieszo za naszą przewodniczką do hostelu przy ulicy Św. Gertrudy, gdzie mieliśmy zostać zakwaterowani. Na miejscu przydzielono każdemu z nas identyfikatory, kupony na kolację w pobliskim barze i inne takie głupoty. Warunki okazały się być całkiem przyjemne - w holu znajdowały się dwa komputery z dostępem do Internetu przeznaczone dla gości, była świetlica z bilardem i telewizją, a pokoje były miło wykończone (poza okrutnymi, blaszanymi szafkami przywodzącymi na myśl Polskę Ludową). Te niewątpliwe rozkosze spragnionego odpoczunku ciała musiały jednak zaczekać - doba hotelowa nie przewidywała kwaterowania kogokolwiek o dziesiątej rano, więc nasze wszystkie bagaże powędrowały do przechowalni. Przy nas pozostały jedynie małe plecaczki/torebki z dokumentami i co cenniejszymi rzeczami. O 10.45 mieliśmy wyruszyć do Centrum Motoroli, a że zostało nam do tej pory nieco czasu, skorzystaliśmy z toalety i wybraliśmy się na małe zakupy do sklepu spożywczego, lekko zdołowani rozmiarem kolacji, po dokładniejszym wczytaniu się w kupony żywnościowe.
Motorola wynajęła od krakowskiego MPK autobus, który zawiózł nas na miejsce docelowe - ogrodzony, nowoczesny budynek Centrum Oprogramowania, w którym rodził się software dla produktów firmy. Wysiadłszy, zostaliśmy podzieleni na grupy - na szczęście nasz zespół nie został podczas tej operacji rozbity, więc wszystko zwiedzaliśmy wspólnie. Najpierw zaprowadzono nas do sali konferencyjnej na wykład, gdzie jeden z inżynierów przedstawiał na rzutniku zasadę funkcjonowania sieci UMTS oraz wyjaśniał, nad którą częścią systemu pracuje się w Krakowie (podpowiem, że chodzi o stacje bazowe, czyli to, co w dużym uproszczeniu odbiera i wysyła dane do naszych komórek, przydziela kanały itd.) Dodatkowo obalił przed nami kilka mitów, które usilnie wciskają nam polscy operatorzy telefonii, a które w praktyce okazują się niemożliwe do zrealizowania z przyczyn czysto technologicznych. Duże wrażenie zrobił na mnie opiekun drużyny z Rzeszowa - ilość i forma kierowanych do prowadzącego pytań sprawiały wrażenie, że ma on dobrą orientację w sferze informatyki.
Po wykładzie zaczęła się część bardziej przyjemna - misja w terenie, czyli zwiedzanie centrum. Wpierw skierowani zostaliśmy do laboratorium UMTS/GSM zapchane od podłogi po sufit komputerami, kablami, modemami, kontrolerami, stacjami bazowymi i resztą. Sprzęt pracował, aż miło, po pomieszczeniu rozchodziło się jednostajne szumienie klimatyzacji. Laboratorium to służyło do testowania oprogramowania produkowanego przez centrum i z tą właśnie częścią chciał nas zaznajomić prowadzący inżynier. Jego opowieść była bardzo przejrzysta i barwna, przez co słuchało się go naprawdę miło. Czas naszej grupy powoli jednak dobiegł końca i przejął nas kto inny. Tak znaleźliśmy się w drugim laboratorium, znacznie większym i hałaśliwym od dotychczasowego. Przechwycił nas kolejny inżynier, dzieląc się podstawami swej wiedzy o stacjach bazowych bodajże w GSM. Może pod względem przejrzystości nie opowiadał tak dobrze, jak poprzedni, ale za to umożliwił nam... samodzielne wykonanie testów kontroli stacji bazowej. Ot, poprosił do siebie dwóch ochotników, więc się zgłosiłem i wciągnąłem do kompletu Bartka. Dostaliśmy karteczki z wykazami, co mamy robić. Bartek zasiadł przy mierniku przepustowości, a ja przy komputerze, gdzie uruchamiałem specjalnym programem procedurę testową. Wykonałem wszystko, jak trzeba i na ekranie pojawił się prawidłowy, oczekiwany wynik. Test przeprowadzały też po chwili dziewczyny z zespołu: Kasia i Róża, podczas gdy reszta w międzyczasie robiła sobie sesję fotograficzną :). Po wykładziku zadałem inżynierowi pytanie o architekturę sprzętu (64 czy 32 bity) i cała grupa opuściła pomieszczenie.
Stery przejął teraz jeden z programistów Motoroli. Oprowadził nas po biurze, mówiąc nieco o warunkach pracy i nie owijając w bawełnę tego, co mu przeszkadzało, ot takie "Dzisiaj mamy wyłączoną klimatyzację, bo się pewnie nie chcieli chwalić, że od trzech lat nie potrafią jej naprawić :)". W ogóle cały jego wywód był bardziej zbiorem anegdot z życia, przez co słuchało się z wielką przyjemnością. Z biur zaprowadził nas on z powrotem do drugiego laboratorium, pokazując nam swój wycinek sprzętu. Bezbłędnie wydedukował cisnące się na usta pytanie, kto w firmie wie, jak jest połączonych ze sobą tych paręset urządzeń i ładnych kilka kilometrów kabli, zaspokajając naszą ciekawość opowieścią o tym, jak owe laboratorium było przenoszone z poprzedniej siedziby. Po ponownym opuszczeniu pomieszczenia dowiedzieliśmy się, że ze względu na poziom promieniowania nie wolno tam przebywać dłużej, niż kwadrans, a prawie wszystkim pracownikom Motoroli rodzą się dziewczynki :). Ta ostatnia fraza bardzo ożywiła naszą opiekunkę, prof. Garbulińską, która tak naprawdę pracuje jako nauczyciel biologii, a do Krakowa przyjechała z nami w zastępstwie. Biedny programista nie miał innego wyboru, jak zgodzić się w dziedzinie, w której specjalistą raczej nie jest.
Nasz ostatni przystanek znajdował się na stołówce, gdzie dyrektor centrum wyświetlił prezentację o historii firmy. Pobyt w Motoroli zakończyliśmy firmowym obiadem. Nasz zespół dostał jedzenie jako pierwszy i przez małe zamieszanie wzięliśmy sobie dosyć niecodzienne kombinacje (np. ja miałem ogórki z naleśnikami :)). Zaspokoiwszy apetyty, rozplanowaliśmy czas wolny, pstryknęliśmy kilka zdjęć pod logiem "Motorola" w recepcji, a autobus zabrał nas z powrotem do hostelu.
Mogliśmy wreszcie wziąć swoje rzeczy i zanieść do pokoju. Już na wstępie okazało się, że wiele zespołów nie było ani trochę zadowolonych z przydziału łóżek. Ogólnie wyglądało to tak: część zespołów dostała pokoje koedukacyjne, część nie. Część zespołów została poszlachtowana z większym sensem, część z mniejszym: przykładowo, kiedy z Bartkiem dotarliśmy wreszcie tam, gdzie nam kazano, w środku był już jakiś inny chłopak i się pytał, co jest w ogóle grane. W pokoju zespołu wciąż były wolne łóżka, a jego wykwaterowano właśnie do nas samotnie. Nas rozdzielono tylko ze względu na płeć. Już po paru minutach rozpoczęły się migracje. Bartek poleciał do swojego brata na Stare Miasto, zamykając swe rzeczy w blaszanej szafce i zabierając klucz. Wtedy nadeszły dziewczyny i powiedziały, że im koedukacja nie przeszkadza i że możemy do nich przyjść, bo są tam cztery wolne łóżka. W tym samym momencie zadzwoniła ciocia, która miała dostarczyć nam jeden z elementów prezentacji: kapelusz a'la Michael Jackson. W rezultacie zamotałem się kompletnie, a próbując dodzwonić się do Bartka z informacją o zmianie pokoju, omyłkowo zadzwoniłem do kolegi z klasy, który gdzieś w Stalowej zapewne rozkoszował się niedzielnym popołudniem :). Ostatecznie moje rzeczy trafiły do "właściwego" pomieszczenia, choć po klucz do niego oraz do szafek mieliśmy się zgłosić wieczorem. Tymczasem skorzystałem z gościnności profesorki cierpiącej na niedobór bagażu (w przeciwieństwie do mnie - w końcu naśladowałem turystę z krwi i kości), przepakowałem się, aby móc jeździć po mieście z większym i bardziej stylowym plecakiem. Rozpoczynał się czas wolny, w którym mogliśmy zaliczyć proponowane nam atrakcje. Monika i profesorka udały się na zwiedzanie miasta z darmowym przewodnikiem. Bartek już wcześniej wybył do swego brata, a Kasia, Róża i ja załadowaliśmy się w podstawiony autobus, który miał nas zawieźć do parku wodnego. Pojazd był zapełniony, ale na szczęście większość wysiadała przy Kraków Plaza; w dalszą podróż ruszyło jedynie siedem osób. Wracać stamtąd musieliśmy już na własną rękę.
Park Wodny - co tu dużo opowiadać; dziewczyny miały po dwa kupony promocyjne, ja tylko mój własny, ponieważ drugiego nie miałem już komu go zabrać. Przez to w momencie przedłużania na kolejną godzinę pobytu już kasjerka się zamotała i kazała mi przynosić tenże kupon. Na nic zdały się tłumaczenia, że ja chcę za tę drugą godzinę zapłacić normalnie, bo miałem tylko jeden. Musiałem lecieć po paragon i wykładać wszystko łopatologicznie, aż wreszcie doliczono mi następne 60 minut. A kto w krakowskim parku wodnym nie był, niech się tam kiedyś wybierze, bo jest naprawdę przyjemnie.
Autobus stał już na przystanku, gdy wpadliśmy do niego biegiem, upewniając się, że to na pewno właściwa linia we właściwym kierunku. Przejechaliśmy nim kilka rond i wylądowaliśmy z powrotem w hostelu. Po drodze SMS od Moniki z prośbą o nawiązywaniu kontaktu z pozostałymi drużynami. Bartek ruszył już do Kraków Plaza, gdzie miał czekać na nas, byśmy wszyscy razem udali się na seans IMAX. Zszedłem do recepcji sprawdzić sobie godziny, o których moglibyśmy do niego pojechać. Kiedy rozszyfrowywałem porno liczbowe zwane rozkładem jazdy, przy sąsiednim komputerze zjawiła się Monika z dwoma chłopakami z innej drużyny. Pomny na jej wskazówki, przyłączyłem się kulturalnie do rozmowy, która w mgnieniu oka zboczyła na temat tworzenia stron internetowych, PHP i innych takich głupoty. Cała drużyna zaczęła już schodzić zrealizować bony na kolację w pobliskim barze. Spojrzałem na zegarek i rzekłem im, że za dziesięć minut jedzie tramwaj do Kraków Plaza, więc się będą musieli pospieszyć, a ja zaraz tam do nich dobiegnę. Dobiegłem sobie nawet aż nadto, gdyż na górze uświadomiłem sobie, że nie mam własnego klucza, leciałem więc do baru i z powrotem, aby móc zabrać mój plecak. Tamci w międzyczasie załadowali pierogi, sałatki i co tam jeszcze było, do plecaków, gdyż czas uciekał. Zatrzymaliśmy się na przystanku. Zbliżała się dwudziesta i na ulicy panował wieczorny tłok. Z jednej strony ulicy na drugą co chwilę przewalały się tłumy ludzi, tramwaje starały się pośród nich manewrować na tyle, na ile szyny pozwalały. 19.58 - nasz kurs powinien już dojechać. Tknięty jakimś przeczuciem wyciągnąłem z plecaka mapę z naniesionymi szlakami MPK. Kraków Plaza leżał przy Alei Pokoju. Podniosłem wzrok na rozkład jazdy i zorientowałem się, że stoimy na niewłaściwym przystanku (czyt: źle rozszyfrowałem porno liczbowe, daleko bardziej skomplikowane od stalowowolskiego). Mało brakowało, a pojechalibyśmy w przeciwnym kierunku, na Salwator :). Jakiś miły pan powiedział, że w drugą stronę przystanek jest nieco wcześniej. Na szczęście o 20.01 też mieliśmy tramwaj i jakoś udało nam się dojechać do kina przed rozpoczęciem seansu "Życie oceanów 3D".
Film się skończył, wyszliśmy z kina wprost na parking podziemny. Obeszliśmy cały kompleks w kółko, aż strażnik skierował nas z powrotem do parkingu i do wyjścia na ulicę. Zadzwonił chory Romek z domu swego, więc zacząłem mu wszystko tak chaotycznie streszczać, że pewnie nic nie zrozumiał z mej opowieści, do której włączała się ochoczo pozostała część drużyny, każąc coś powiedzieć, czegoś nie mówić, kogoś pozdrowić itd.
W hostelu po przyjeździe poszliśmy wymienić sobie z Bartkiem klucze. Akurat przyjechała kolejna drużyna i była przez bodajże dziesięć minut obsługiwana w recepcji. Obsługa budynku strasznie narzekała na chaos organizacyjny związany z przydziałem pokojów. Według nich organizatorzy konkursu zaproponowali przydziały z kosmosu według własnego widzimisię i teraz recepcjonistki już same nie wiedzą, kto jest gdzie. Spać w nocy na wyjeździe sensu nie było, więc zeszliśmy sobie wszyscy do świetlicy pograć w bilard. Stół, jak przystało na klasę informatyczną, został lekko zhackowany tak, żeby nie płacić 2 złotych za kolejne partie - po prostu łapaliśmy wpadające do uz bile, aż nam się nie znudziło :). Skończyliśmy nieco po północy, oglądając powtórkę Szymona Majewskiego i dopiero wtedy nasze resztki powlokły się po schodach na górę, gdzie naturalnie musieliśmy jeszcze odstać swoje do łazienki.
Kuchnię z dużym stołem i łazienkę współdzieliliśmy z drugim pokojem, który zgodnie z prawami Murphy'ego zablokował to drugie pomieszczenie akurat wtedy, gdy my pragnęliśmy to zrobić. Sama kąpiel toczyła się w iście poronionych warunkach - łazienka była bowiem kanałem tranzytowym między balkonami (od których na dodatek nie dało się jej zamknąć) i korytarzem, więc kiedy ktoś przechodził, jedyną twą osłoną były matowe drzwi pryszniców. Zresztą, jak wspomniałem, i na ten luksus czekało się długo. Czas umilałem sobie, siedząc w kuchni, wyjadając zapasy z podróży i zastanawiając się, czemu nie wziąłem sobie żadnych baterii do mojego odtwarzacza MP3. Jedyną atrakcją była Kasia i Bartek kłócący się o to, czy wokalista zespołu In Flames ma mroczny głos. Ponieważ dzięki synestezji jestem jedną z niewielu osób mogących precyzyjnie określać kolor dźwięków, rozstrzygnąłem ostatecznie coraz głośniejszą debatę na korzyść Bartka werdyktem, iż głos ten jest szaroseledynowy. Obejrzałem jeszcze, jak sąsiednia drużyna z braku cukru próbuje posłodzić sobie herbatę moimi Zozolami (tworząc Herbozole) i poszedłem spać. Szczytne plany przeprowadzenia próby do prezentacji niestety nie wypaliły.
Rano świadomość wracała powoli. Najpierw były to jakieś głosy dochodzące zza mojej głowy. Później poczucie tego, że leżę. Później, że na łóżku, po drodze uświadamiając sobie, iż jest to łóżko piętrowe, a ja jestem na parterze. Oczy otworzyłem, kiedy za oknem z głośnym stukotem przejechał tramwaj. Po wykonaniu typowych porannych czynności uświadomiłem sobie, że z hostelu jest raptem cztery minuty do rynku oraz że jest poniedziałek, co oznacza, że Empik z radością przyjmie nas w swym wnętrzu. Zgarnąłem Bartka i poszliśmy sobie pod Kościół Mariacki. Nie będąc pewnym tego, jakim środkiem transportu wrócimy do Stalowej, wziąłem z konta trochę pieniędzy, a w Empiku kupiłem grę Trainz Railroad Simulator 2006, na którą już od pewnego czasu miałem ochotę. Rynek wyglądał przecudnie, jak zawsze, w promieniach porannego słońca. Żadnej chmurki na niebie, gwar turystów w kręgu średniowiecznych budowli... coś czuję, że na studiach będzie to moje ulubione miejsce w całym mieście. Gdy wróciliśmy z powrotem, do wyjścia na Ceremonię Rozdania Nagród zostało już tylko pół godziny. Wiedząc o istnieniu tzw. doby hotelowej, oprócz ubierania się w garnitur, jednocześnie pakowałem swoje rzeczy. Reszta (nie tylko z naszego zespołu) dowiedziała się o tym, gdy w momencie wyjścia ktoś nam o tym przypomniał. Do miejsca, gdzie miał nastąpić ten kulminacyjny moment, było tylko 700 metrów, więc maszerowaliśmy tam piechotą. Nasze bagaże zostały w przechowalni, a zamieszanie związane ze zwolnieniem pokoi na szczęście opóźniło wyjście tylko o pięć minut. Ponad sto osób ruszyło w górę ulic Św. Gertrudy i Westerplatte do Wyższej Szkoły Europeistyki im. ks. Józefa Tischnera, która użyczyła auli. Pod wejściem czekała na mnie ciocia z niezbędnym rekwizytem do naszej prezentacji - kapeluszem a'la Jackson. Tym samym mieliśmy już wszystko, co nam było potrzebne. Zarejestrowaliśmy się w recepcji konkursu, gdzie wręczono nam dyplomy oraz kubkoshakery z napisem "Diversity 2006" i czekaliśmy.... czekaliśmy... czekaliśmy... jejku, jak tu gorąco... czekaliśmy... wreszcie wpuszczono nas na aulę. Zajęliśmy miejsca blisko sceny, aby mieć dobry widok. Zacząłem analizować sytuację. Było pochyło, gdyż rok wcześniej rozdanie nagród odbywało się w innym miejscu i nastawialiśmy się na nieco inny układ sceny, rozpracowany na podstawie filmów i zdjęć w galerii konkursu. Zmodyfikowaliśmy plany, a ja pobiegłem jeszcze za kulisy sprawdzić, jak wygląda laptop i zapytać, czy przetestowali naszą prezentację, jak prosiłem, w związku z wykrytym problemem na niektórych konfiguracjach sprzętowych. Pod pretekstem tego, że już wszystko jest wgrane i poukładane oraz że mieliśmy miesiąc czasu na przygotowanie, odprawiono nasz (i nie tylko) zespół. Tłumaczenie to nieco mnie wkurzyło, gdyż w praktyce JAKIEKOLWIEK informacje ad. parametrów technicznych prezentacji udostępniono na tydzień przed wyjazdem, a mnie samemu na napisanego wtedy e-maila dot. paru spraw technicznych odpisano... po tygodniu, parę godzin po teoretycznym terminie nadsyłania części multimedialnych. Do sprawy terminowości zespołu Diversity jeszcze zresztą wrócę.
Z powrotem zająłem miejsce w moim rzędzie, modląc się, by nasze Centrum Zarządzania Prezentacją zadziałało tak, jak na domowym komputerze. Obawy szybko jednak zeszły na dalszy plan, ponieważ prezenterka zapowiedziała otwarcie ceremonii. Na mównicy pojawił się przewodniczący jury, prof. Paweł Idziak z UJ. Po nim przemawiał jeszcze m.in. rektor AGH oraz konsul amerykański. Dopiero wtedy rozpoczęły się prezentacje. My startowaliśmy jako siódmi. Zacząłem robić zdjęcia każdemu zespołowi, ale musiałem szybko przerwać z powodu przygotowań do własnego występu. Zawinięto mi bandaż wokół głowy i... nastała przerwa techniczna. Jednemu z zespołów nie chciała wystartować prezentacja. Moje własne okulary musiałem zdjąć na (nie)korzyść przeciwsłonecznych, więc trochę przez mgłę oglądałem na rzutniku restart systemu :). Po trzech minutach wszystko ruszyło na nowo. Nagle poczułem szturchnięcie. Odwracam głowę w kierunku Moniki, a tam jakiś fotoreporter robi mi z setkę zdjęć - powtarzało się to jeszcze z kilka razy, więc mam pełne prawo obawiać się, by nie zrobili specjalnej galerii poświęconej wyłącznie mej osobie. Zresztą... jeśli nawet, i tak mało kto mnie pozna w bandażu i czarnych okularach :). Wreszcie zapowiedziano: "ZSO Liceum Ogólnokształcące im. KEN ze Stalowej Woli"; wstaliśmy, z tyłu dobiegły mnie szepty: "A, to ci, to ci!" Za kulisami pan już rzekomo wystartował nas, więc wychylam głowę, pukam w mikrofon, mówię "Ello, moto" i... cisza. Rzutnik nadal czarny. Wracam za kulisy, a tam technik konkursu z Bartkiem próbują odpalić program. Trochę to spaliło moje wejście, gdyż scenariusz nie przewidywał ponad półminutowej przerwy w tym miejscu. Jednak czasu na rozpamiętywanie nie było. Dźwięki utworu w końcu "Beat it" ruszyły, musiałem już wyjść i parodiować Jacksona. Z powodu małej śliskości podłogi nienajlepiej wyszedł mi ćwiczony z takim poświęceniem chód, ale za to obroty i cała reszta były już w porządku. Śmiech publiczności jakimś cudem przebijał się przez nagłośnienie, więc się nieco już rozkręciłem. Szkoda, że nie miałem szkieł kontaktowych, gdyż chciałbym ujrzeć minę tego konsula, gdy wygłaszałem kwestię "Hey, what's going on?! What the f... is this?!", kiedy Bartek zaczął mi cenzurować piosenkę zgodnie z programem. Zszedłem ze sceny i błyskawicznie ściągnąłem bandaż. Przed publicznością już zaczęły tańczyć Kasia i Róża, ja musiałem też być tam już teraz, jako zwyczajny agent (garnitur + czarne okulary), by miały na kogo przyklejać napisy "Cenzura". Wyciszenie muzyki, zbiegam za drugą kulisę i rzucam niespokojnie wzrokiem na rzutnik. Teraz chwila prawdy... odpali ta animacja obracającej się kuli ziemskiej, czy nie? Rozległ się dźwięk, pojawiła się grafika i kamień spadł mi z serca. Animacja działała perfekcyjnie. Odetchnąłem z ulgą. Pozostało jeszcze brutalne ściągnięcie Moniki ze sceny, małe zamieszanie, gdyż facet chciał nam już zamknąć program, a prezenterka zapowiedziała już kolejny zespół. Przerwaliśmy to, uruchomiliśmy ostatni efekt spadającego płonącego adresu naszej strony, wyszliśmy się pokłonić i wróciliśmy na miejsca, choć oni i tak nam ten efekt przerwali w połowie. Dla nas było już po wszystkim.
Prezentacje były różne. Niektórzy, tak jak my, przygotowywali niewielkie przedstawienia, inni odtwarzali filmy krótkometrażowe. Szczególnie zapadły mi te zrealizowane przez twórców witryny o niemych filmach oraz od emotek ("Historia człowieka nadużywającego emotikonek"). Jednak największe wrażenie zrobiła na całej publiczności prezentacja twórców witryny o autyźmie. Była naprawdę wzruszająca i nic dziwnego, że to właśnie ona zdobyła nagrodę publiczności. Należała im się w zupełności. Niektóre zespoły ograniczały się do krótkiego opowiedzenia o swej stronie. Jedna z drużyn stwierdziła z mównicy, że oni nie przygotowali prezentacji, ponieważ podczas wgrywania jej do systemu parę dni wcześniej zablokował się serwer i ostatecznie im jej nie przyjęto. Już z widowni domagali się przeprosin od organizatorów. Prezenterka odpowiedziała, że jest im przykro, ale wina leży niby po naszej stronie (tj. uczestników), że na ostatnią chwilę zgłaszaliśmy wszystko, choć mieliśmy miesiąc czasu na zrobienie tego, a oni jeszcze poszli nam na rękę, przedłużając termin wysyłania o kilka godzin, przez co wszystko im się sypie teraz. Cóż, trudno odmówić im racji w tym momencie, lecz racja może być różna. Akurat w tym wypadku wypominanie nam czegoś takiego brzmiało po prostu chamsko:
- Lista finalistów została ogłoszona 1 czerwca, zatem minęło od tamtego momentu 19 dni, a nie miesiąc.
- Jakiekolwiek konkrety odnośnie tego, jak ma prezentacja wyglądać, ogłoszono półtora tygodnia przed ceremonią, zatem na przygotowanie wszystkiego był tylko tydzień. Jeśli ktoś miał jakieś nieoficjalne informacje, dopiero wtedy mógł je zweryfikować.
- 1.Kontaktowanie się z zespołem Diversity było problematyczne. Na forum odpowiedź o rozdzielczość rzutnika pojawiła się po tygodniu, mi na e-maila dot. prezentacji odpisano po sześciu dniach - a oczekując na nią, trochę opóźniły nam się prace nad prezentacją. Dwa dni przed wyjazdem wysłałem jeszcze e-maila z paroma pytaniami odnośnie pobytu w Krakowie. Tym razem odpowiedź przyszła błyskawicznie, tyle że była to wiadomość automatyczna napisana po angielsku: "Wyjechałem, nie będzie mnie do 19 czerwca, w sprawie jakiejśtam kontaktować się z kimśtam".
Krótko ujmując: przed wyjazdem miałem zamiar tylko delikatnie wspomnieć o "pewnych" problemach z dostępnością ekipy w relacji. Ale jeżeli organizatorzy traktują ten konkurs poważnie, to albo powinni je wyeliminować, albo siedzieć cicho podczas ceremonii.
Ale wróćmy do samych występów... dobiegły one końca. W ruch poszły długopisy - na specjalnych kartkach oddawaliśmy głos na najlepszą, naszym zdaniem, prezentację, za wyjątkiem własnej. Głosy złożyliśmy w recepcji, gdzie natychmiast panie zabrały się do liczenia. Korytarzem przeszliśmy dalej. Wręczono nam zestawy podtrzymywania życia w postaci kanapki, drożdżówki, jabłka i wody mineralnej, co miało wystarczyć za obiad. Osobiście wystarczyło mi w zupełności, na głód i pragnienie nie narzekałem. Kasia co chwilę latała do biurek sprawdzać, jak postępuje liczenie głosów. Wracała z nietęgą miną, gdyż większość uczestników uznawała za najlepszą prezentację o autyźmie.
Korytarz nie był klimatyzowany i zaczęło robić się duszno, udaliśmy się zatem z powrotem do auli. Wiele osób wygrzewało się przed nią, na słońcu, dyskutując o sprawach rozmaitych. Scena powoli zapełniała się paczkami z nagrodami, wnoszonymi przez parę pań. Upłynęło w ten sposób kilka ładnych minut i prezenterka zapowiedziała rozpoczęcie drugiej części ceremonii. Zapadła cisza. Przedstawiono skład jury: UJ, AGH, Motorola, Onet, Femino... zaraz, chwila... ONET JEST W JURY?! Serce we mnie zamarło, gdyż natychmiast przypomniałem sobie, że jedna z relacji na naszej stronie o cenzurze dotyczy właśnie Onetu usuwającego wiadomości nieprzychylne obecnej ekipie rządzącej. Wprawdzie to oni się powinni tego wstydzić, ale taktycznie nie było to zbyt mądre posunięcie. Pogodziwszy się ze swoim losem, słuchałem rozdania nagród nieregulaminowych, ufundowanych niezależnie przez Komputer Świat i Feminotekę. Wyczytano jeszcze zespoły do nagród internautów i publiczności, po czym na scenie pojawił się prof. Idziak z kopertą. Gdybym pisał w tej chwili opowiadanie, w kopercie tej znajdowałaby się bomba, która wybuchłaby na mównicy i zabiła wszystkich w auli. Rzeczywistość jest bardziej prozaiczna, ot po krótkim podbudowaniu napięcia otworzył ją i wyczytał, że nagroda o najbardziej przyjazny interfejs... przypadła komu innemu. Zwycięski zespół znalazł się natychmiast obok niego, wręczono im czarne pudełeczka, prawdopodobnie z odtwarzaczami MP3, o których pisano na stronie konkursu, była chwila dla fotoreporterów i kolejne nagrody - najciekawsze ujęcie tematu i najlepsza szata graficzna. Nie zostaliśmy laureatami, ale mnie to aż tak bardzo nie martwiło. Przegrywać też trzeba umieć, a nagrodą była już sama w sobie dwudniowa podróż do Krakowa na koszt Motoroli i szkoły :). Najbardziej zmartwiona była Kasia, niemniej podczas powrotu do hostelu nie było tego po niej za bardzo widać. Jednym słowem - zespół znów spisał się na medal i to mnie podbudowało. Czy przegraliśmy, czy nie, na tej piątce ludzi mogę naprawdę polegać. Przy wyjściu rozdawano nam biuletyny Diversity. Zastanawialiśmy się krótko, jakim cudem tak szybko znalazły się w nich wywiady ze zwycięzcami, po czym kartki powędrowały do plecaków.
W murach hostelu znaleźliśmy się krótko przed piętnastą. Uczestnicy rozkładali się, gdzie się dało - na tarasie, w świetlicy... pozostał problem zrzucenia z siebie garnituru, co załatwiłem, cichaczem udając się do jednej z łazienek. Według informacji profesorki, mieliśmy trzy możliwe sposoby wydostania się z miasta: pociąg ekspresowy "Hetman" o godzinie siedemnastej i dwa autobusy pospieszne: również o siedemnastej oraz wcześniejszy o szesnastej. Pierwotnie mieliśmy jechać tym drugim, gdyż miał krócej jechać, jednak Internet powiedział, iż czas przejazdów jest identyczny. O równej godzinie mieliśmy zatem ustalony środek transportu. Profesorka musiała jeszcze udać się na miasto załatwić swoje sprawy, a mnie też nagle coś wzięło na odwiedzenie rynku na tych kilka minut. Krótko zapoznałem się z jednym ze zwycięzców, zostawiłem Kasię przy bagażach i truchtem pobiegłem sobie na stare miasto. Z październikowej wycieczki klasowej pamiętałem o pewnej wciśniętej między kamieniczki księgarni, gdzie znalazłem kilka książek poświęconych językowi słowackiemu. Zaszedłem tam, poważnie rozważając nabycie jakiejś kolejnej lektury o nim, ale niestety. Na półce znajdował się tylko dwutomowy słownik kosztujący około czterystu złotych. Kwotą taką nie dysponowałem i z nutką zazdrości spojrzałem obok, na kolekcję opracowań języka czeskiego. Mój czas w tym mieście dobiegał na razie końca. W duchu pożegnałem się z nim i wróciłem z powrotem do hostelu, lawirując między grupkami rozgadanych turystów z aparatami i plecakami. O 15.35 cała nasza szóstka wyruszyła z bagażami na dworzec PKS. Pędziliśmy dość szybko w górę ulicy pomni na fakt, iż zostało nam zaledwie 25 minut do odjazdu. W przejściu podziemnym pod stacją kolejową krople potu ciekły mi leniwie po twarzy, ale nie przejmowałem się tym. Na pół sekundy upuściłem torbę na ziemię, przetarłem czoło i wznowiłem marsz. Zdążyliśmy w samą porę. Stanowisko było zapełnione ludźmi, w większości mającymi już kupione bilety, a więc i pierwszeństwo przy wsiadaniu. Z kilkoma minutami spóźnienia zajechał autobus z jakże swojskim, zielonym napisem "PKS Stalowa Wola". Aby efektywnie zakończyć rolę głównego logistyka podróży, zebrałem od wszystkich legitymacje i kupiłem sześć biletów. Bagaże wylądowały w schowku, my zajęliśmy miejsca i ruszyliśmy. Z braku wolnych rzędów byliśmy nieco porozstrzeliwani po pojeździe, więc toczenie wspólnej rozmowy było niemożliwe. Jadąc przez miasto słyszałem wprawdzie rozmawiające Monikę i Różę, ale ich aktywność malała wraz ze zbliżaniem się do rogatek. Bartka i Kasię sen zmorzył jeszcze szybciej i zostałem sam ze swoimi myślami. Faktycznie, stan pełnej świadomości zachowałem przez całe cztery godziny jazdy, jedząc cukierki i ucząc się słówek słowackich. Przed Tarnobrzegiem na dobre obudziła się Róża i wczytała się w zapomniany przez resztę biuletyn. Chwila ta niech będzie błogosławioną, ponieważ po chwili odwróciła się i przekazała szokującą informację, że jesteśmy wymienieni w dwóch miejscach, a sam prof. Idziak wypowiadał się, że byliśmy jego faworytami. Korzystając z faktu, że w mieście powysiadało dużo ludzi i się miejsca pozwalniały, zebraliśmy się i wybuchła burzliwa dyskusja. W pół godziny zdążyliśmy przeanalizować wszystkie popełnione przez nas błędy, wyrazić swój podziw dla prof. Idziaka, opracować zręby strategii na przyszłoroczną edycję i na końcu - przejść do tematów luźniejszych. Za oknem drzewa Puszczy Sandomierskiej zmieniły się w miejskie osiedla, jak z bicza strzelił. Jezdni przybyło kilka dodatkowych pasów i stało się... byliśmy z powrotem w mieście, którego powstanie przed sześćdziesięciu paru laty w taki przedziwny sposób złączyło nasze losy.
Jeżeli dotarłeś/dotarłaś aż do tego momentu, masz mój pełny szacunek, że chciało Ci się tyle tego czytać. Rozpisałem się z uwagi na jednego z członków zespołu, Romka, który nie mógł być z nami w Krakowie. Myślę też, że przyszłoroczni finaliści znajdą tu między wierszami wiele informacji przydatnych w planowaniu ich pobytu, a ekipa Diversity - jeśli to przeczyta - sugestie, co należałoby poprawić. Jeżeli są porządnymi ludźmi, w co głęboko wierzę, na pewno wyciągną z nich konstruktywne wnioski. Chciałbym im w tym miejscu podziękować za przeprowadzenie tego konkursu, dzięki któremu spędziliśmy w Krakowie dwa świetne dni. Osobno dziękuję też całemu mojemu zespołowi za włożoną pracę - oby tak dalej!
PS. Kiedy piszę te słowa, jest piątek. Parę godzin temu wróciłem do domu i dostałem do rąk lokalny dziennik "Sztafeta", który zdecydował się poświęcić naszemu sukcesowi ładny kawałek strony. Miło ze strony dyrektora, że wysłał do redakcji taką informację, jeszcze milej się czyta, że cały nasz zespół tworzą miłośnicy informatyki, a jeszcze milej, że w tej wersji zostaliśmy laureatami i powróciliśmy do domu z torbami pełnymi nagród :). Ech, marzenia :).














