Od dość dawna cenię sobie rzeczy przeszłe. Dotyczy to również muzyki. Wszystkie moje ulubione kawałki powstały w latach 70. i 80. dwudziestego wieku. Pośród nich szczególnie wyróżnia się pewien niemiecki zespół, który w tamtych czasach zrobił oszałamiającą karierę, a jego hity znane są dość dobrze nawet najmłodszym pokoleniom. Mowa oczywiście o Boney M.
Zespół został założony przez niemieckiego producenta muzycznego, Franka Fariana, w roku 1976. Powołał go, by promować swój temat muzyczny "Baby do you wanna bump?". Do formacji zaangażował holenderskiego DJ-a, Bobby'ego Farrella, a także trzy dziewczyny z Karaibów: Liz Mitchel, Marcię Barett oraz Maizie Williams. Na samym początku była jeszcze Claudia Barry, któa jednak zdecydowanie wolała karierę solową i porzuciła cały projekt. Wokalistom towarzyszył zespół instrumentalny Rythm Machine kierowany przez Stephena Kunhammera. Pierwszym singlem grupy był ww. wspomniany projekt Fariana. Odniósł on największy sukces w Holandii, gdzie dotarł na drugie miejsce list przebojów. Jednak prawdziwa kariera zespołu zaczęła się od drugiej wydanej piosenki, którą obecnie kojarzą chyba wszyscy - "Daddy cool". Przez kolejne trzy lata grupa święciła olbrzymie sukcesy, atakując listy przebojów kolejnymi hitami oraz albumami. "Ma Baker" w lipcu '77 zajmuje drugie miejsce, kilka pozycji niżej widnieje "Belfast". Rok 1978 to "Rasputin", "Rivers of Babylon" oraz "Brown girl in the ring" (ciekawy z jednego powodu, o którym za chwilę). Album "Nightflight to Venus" odniósł w tym samym czasie największy sukces z całej dyskografii zespołu. W roku 1979 wypuszczono kolejne hity: "Horray, Hooray, It's a holiday", "Gotta go home", "El Lute" i "Bahama Mama", natomiast album "Oceans of fantasy" zdobywa pierwsze miejsce wśród longplayowych bestsellerów. Na tym sukcesy się kończą. Z grupy odchodzi Bobby Farrell, który pragnie poświęcić się karierze solowej. Na jego miejsce pojawia się Reggie Tsiboe. Zmieniono również styl muzyczny, który niezbyt przypadł do gustu starym fanom. Mimo wszystko o grupie nadal pamiętano, gdyż często dawała koncerty, przypominające minione lata. Ostatnim hitem była "Kalimba De Luna" nagrana w roku 1984. Zespół rozpadł się ostatecznie dwa lata później.
Boney M. największe sukcesy święcił w Europie, natomiast w Ameryce jest prawie nieznany. Jedynie utworowi "Brown girl in the ring" udało się dojść "aż" na 40. miejsce tamtejszych list przebojów. Zespół znaliśmy również my, mieszkańcy krajów bloku komunistycznego. Jednym z powodów była odważna decyzja liderów grupy o zorganizowaniu po nich tournee, co wtedy było naprawdę niezwykłą rzadkością. Boney M. był gościem festiwalu w Sopocie '79, a organizatorzy mieli z nim pewne hmmm... kłopoty. Najpierw wokaliści zażyczyli sobie pojawienia się na koncercie w białym helikopterze, przez co wojsko musiało przemalować jedną z maszyn. Pod koniec występu natomiast złamali... cenzurę! Otóż władzom komunistycznym nie podobał się utwór "Rasputin" ze względu na swą tematykę (carska Rosja), więc po prostu zakazali jego wykonywania i uznali za nielegalny. Mimo to krążył on po Polsce na nielegalnych kasetach i wszyscy znakomicie znali rytm "Ra Ra Rasputin itd." Gdy na festiwalu okazało się, że zespół chce zejść ze sceny bez wykonania go, zaczęto skandować "Ra-spu-tin, Ra-spu-tin". Wokaliści zlitowali się nad publicznością i ku rozpaczy tajniaków partyjnych zaśpiewali i to. No... zaśpiewali to lekko przesadzone. Grupa w ogóle nie była przygotowana do jego wykonania, więc wszystko chcąc nie chcąc trzeba było puścić z playbacku. Widoczne jest to na zapisie telewizyjnym występu.
Boney M. został reaktywowany w roku 1992, lecz pierwotnego składu nie udało się odbudować. Do dziś zajmuje się głównie dawaniem koncertów, choć na samym początku działalności nagrano nową wersję utworu "Ma Baker" oraz cztery nowe piosenki: "Time to remember" (w stylu amerykańskich standardów; coś a'la Rod Steward), "Papa chico", "Da La De La" i "Lady Godiva" (mój ulubiony z całej czwórki). Trafiły one na końcówkę dwupłytowej składanki "Boney M. gold". Oprócz tego istnieje jeszcze kilka zupełnie nowych grup muzycznych wykonujących własne wersje utworów z repertuaru Boney M. Jednym z nich jest polski "Babyloon"; aktualnie nie mam jego żadnego utworu, ale słyszałem dostępne oficjalne demko i muszę przyznać, że brzmiało całkiem nieźle.
Teraz może trochę o odczuciach moich dot. zespołu. Dla ludzi lubujących się we współczesnej muzyce, gdzie większość utworu tworzona jest w całości przez komputery, brzmienie ww. piosenek może wydawać się naprawdę archaiczne. Ale tak wtedy grano i w dodatku ma to swój urok. Prosta perkusja, basy, po których bardzo łatwo poznać lata 70. :), do tego nieodłączne skrzypce i kilka innych instrumentów tworzą połączenie bawarskiej surowości (grupa tworzyła w RFN) z karaibskimi rytmami. Nadaje się to znakomicie na wszelkiego rodzaju dyskoteki, ale nie tylko (choć niektórzy tu mogą się ze mną nie zgodzić). Ja doskonale bawię się także, słuchając tego w bardziej spokojny sposób. Teksty - wiadomo. Gatunek disco generalnie nie przykłada dużej wagi do wzniosłości, ale akurat Boney M. stawiał na oryginalność. Często sięgał także do historii, tworząc teksty oparte o prawdziwe wydarzenia (Rasputin, El Lute, a także Ma Baker - o tym dalej). Frank Farian sięgał też do twórczości innych wykonawców, stąd też Boney M. ma na swym koncie wiele adaptacji cudzych utworów. Oto niektóre z nich:
- Rivers of Babylon - The Melodians
- No woman, no cry - Bob Marley
- Dreadlock holiday - 10CC
- Fever - Elvis Presley
Jest jeszcze jedna sprawa... dużo ludzi przypisuje autorstwo utworu One way ticket grupy Eruption właśnie Boney M-owi, tyle że za Chiny nie wiem, czemu. Początkowo myślałem, że nagrali oni własną jego wersję, ale po dotarciu do "oryginału" okazało się, że obie są dźwięk w dźwięk identyczne! Gdyby ktoś mógłby oświecić mnie w tej kwestii, byłbym bardzo wdzięczny.
A teraz coś specjalnego, mianowicie coś w rodzaju miniinformatorów o moich ulubionych kawałkach.
Daddy cool (Take the heat off me, 1976/1977)
To pierwszy prawdziwy hit Boney M. który nie znudził się DJ'om do dziś. Zaiste, jak tak banalny w treści utwór wywołuje aż tyle radości :). Z budowy bardzo przypomina Rasputina: mamy wstęp, dwie zwrotki, partię mówioną i zwrotkę ostatnią. Całość zagrana jest na perkusji, basach, skrzypcach i czymś, co przypomina drewniane pałeczki :). Od czasu do czasu partię wspomagają trąbki. Jest też w tle jeszcze jeden instrument, ale niestety nie potrafię go zidentyfikować.
Istnieje parę wersji tego utworu: podstawowa, jej wydłużona wersja dyskotekowa (brzmienie i instrumenty takie same, tyle że trwa o wiele dłużej i występuje sporo niekonwencjonalnie złożonych partii), remiks Sasha z roku 2000 oraz nagrany całkowicie od zera Daddy cool w wykonaniu Placebo. Na ten ostatni chciałbym zwrócić szczególną uwagę, bowiem autorzy nie zmienili dosłownie NIC w budowie utworu i jego kompozycji (może poza tym, że na początku zamiast partii mówionej jest odgłos zapalania zapałki). Różnica to użyte instrumenty oraz wokal a'la heavy metal :). Wyszło toto całkiem ciekawie, a główny motyw grany na ciężkiej gitarze elektrycznej, któremu w tle akompaniuje growl "She's crazy like a fool", naprawdę mocno zaskakuje.
I takim oto luźnym i prostym w odbiorze akcentem kończymy analizę tegoż utworu :).
Lady Godiva (Boney M. more gold, 1993)
Ten utwór nie wchodzi w skład oryginalnego kanonu Boney M. bowiem został nagrany przez reaktywowaną edycję tej formacji. W pierwotnym składzie ostała się bodajże tylko Marcia Barett. Sama piosenka trafiła na dwupłytowe wydanie Boney M. gold wydane w 1992 i 1993 roku, obok czterech innych nagranych wtedy kawałków. Moim zdaniem ten właśnie wypadł najlepiej z nich, stąd też postanowiłem właśnie jemu poświęcić ten skromny kawałek Internetu :).
Tutaj autorzy postanowili po raz któryśtam skorzystać z charakterystycznego dla grupy pomysłu na utwór, tj. zaśpiewania opowiadania o jakiejś osobie. Poszli jeszcze głębiej i po raz trzeci zdecydowali się na zaaplikowanie postaci historycznej (nie wliczam tego do oficjalnej statystyki właśnie z tego powodu, że utwór powstał po rozpadzie oryginalnego zespołu). Tym razem jest to osóbka znana Anglikom - Lady Godiva. Żyła w XI-wiecznej Anglii i była małżonką Lorda Marcji, Leofrika i w języku staroangielskim nosiła imię Godifu ("dar od Boga"). Mieszkańcy miasta Coventry, które znajdowało się w rękach ww. lorda, cierpieli od srogich podatków i zobowiązań na rzecz króla, a wszelkie skargi były ignorowane. Nasza dama nie mogła dłużej na to patrzeć i wiedziona współczuciem udała się do męża, by tradycyjnie prosić go o obniżenie podatków. Leofrik, być może rozgniewany tym, postanowił definitywnie zakończyć sprawę i zaproponował coś w jego mniemaniu niewykonalnego: "Wsiądź nago na konia i przejedź przez rynek pełen ludzi z jednego końca na drugi". Gdyby tego dokonała, obiecał usłuchanie jej prośby. Niestety mylił się co do odwagi swej żony. Myślał, że zawstydzi się i zrezygnuje, ale jednak nie! Godifu dosiadła rumaka i zrobiła to, o co prosił. Mąż nie miał wyjścia i musiał wykonać obietnicę, a Lady Godiva "wjechała na karty historii".
Opowieść opowieścią, tymczasem tak naprawdę połowa całej historii to legenda. O ile sama Lady Godiva żyła w Coventry naprawdę (była fundatorką wielu klasztorów), o tyle po raz pierwszy podanie o jej nagiej przejażdżce pojawia się w Historiarum Rogera z Wendover żyjącego jakieś dwa wieki później. Pisał on, że wzorował się na zagubionej obecnie kronice. Kolejni kronikarze ubarwiali tę legendę. W jednej z wersji, opisanej w piosence, Lady Godiva nakazuje mieszkańcom, by w trakcie jej przejażdżki zostali w domach przy zasłoniętych zasłonach. W XVIII wieku pojawia się tutaj kolejna postać - krawiec Tom, który nie usłuchał nakazu i podglądał jadącą przez szparę w oknie. Został za to ukarany ślepotą, a do dziś znany jest jako "peeping Tom" (podglądający Tom). Jeśli ktoś kiedyś będzie w Coventry, na pewno spotka się z posągami obu tych postaci, gdyż pamięć o tej legendzie jest wciąż bardzo żywa w mieście. Ba! W latach 1678-1907 odtwarzano nawet całą przejażdżkę, dopóki brak odziewku nie stał się przyczyną obywatelskiego sporu!
Lady Godiva nagrywano już przy użyciu znacznie nowocześniejszych urządzeń, ale mimo to zespołowi udało się zakląć w utworze magię końca lat 70. Jest to chyba zasługa instrumentów. Nadal występują skrzypce i te dziwne, drewniane pałeczki (o tamburynach w perkusji nie wspominając) przypominające nam tamte czasy. Jedyną większą różnicę można dostrzec w basie, który wyraźnie odróżnia się od starego.
Ma Baker (Love for sale, 1977)
Utwór pojawił się w roku 1978 i dotarł aż do drugiego miejsca na listach przebojów. W mojej hierarchii stoi na pierwszym miejscu wraz z "Rasputinem". Tekst piosenki opowiada historię tytułowej złodziejki Ma Baker, która w ostateczności zostaje zastrzelona przez policję w czasie ostatniego napadu na bank. Historia jest autentyczna i rozegrała się na początku lat 30. XX wieku. Jedyny drobny szczególik to nazwisko. Oryginalna postać nazywała się Kate 'Ma' Barker, natomiast Boney M. zmienił je, aby brzmiało bardziej melodyjnie. Całość utworu ma bardzo charakterystyczne, dosyć mroczne brzmienie i jest w miarę szybka. Farian wpadł tu na bardzo interesujący pomysł oddzielenia kolejnych akordów bardzo krótkim "brzdęknięciem" na gitarze lub czymś podobnym. Wykorzystano tu: perkusję, bas, skrzypce, gitarę oraz coś, co wydaje się być drewnianymi pałeczkami, aczkolwiek na jednej z zagranicznych witryn wyczytałem, że są to... zęby Franka Fariana (sic!). Nie wiem, na ile to jest prawda. Podałem to tutaj jako ciekawostkę. Kompozycja jest podobna do innych największych hitów Boney M. - utwór podzielony jest na dwie w miarę części niedługą partią mówioną z ograniczonym podkładem dźwiękowym. Dodatkowo ułożenie zwrotek potęguje wrażenie, że pierwsza część jest wyraźnie dłuższa od drugiej.
Choć dziś Ma Baker nie wszyscy kojarzą, singiel ten doczekał się naprawdę zadziwiającej ilości przeróbek. Pierwsza powstała zaledwie dwa lata po rozpadzie grupy, tj. w roku 1988. Nagrał ją praktycznie od zera zespół Milli Vanilli (nawiasem mówiąc też prowadzony przez Franka Fariana, zatem kompozytor się nie zmienił :)). Jest wyraźnie wolniejsza od pierwowzoru, z którego czerpie jedynie ogólny sens słów, główny motyw muzyczny oraz partię mówioną. Mimo wszystko ma swój urok. W 1993 roku kolejną wersję zremiksował reaktywowany zespół Boney M. Tym razem jest to remiks w pełnym tego słowa znaczeniu. Z oryginału wycięto wokal i obudowano muzyką na miarę nowoczesnej dyskoteki. Swój własny remiks stworzył też Sash (zajmował się również wieloma innymi utworami Boney M.) gdzieś w okolicach r. 2000, ale moim zdaniem ta wersja nie jest zbyt udana. Istnieje jeszcze kilka przeróbek, których nie udało mi się dotąd zlokalizować.
Rasputin (Nightflight to Venus, 1978)
"RA-SPU-TIN"!!! - tak skandowała polska publiczność podczas koncertu Boney M. na festiwalu w Sopocie w roku 1979, zmuszając go tym samym do złamania cenzury.... tak... utwór ten był ZAKAZANY w krajach bloku komunistycznego, co naturalnie oznaczało, że był hitem i wszyscy Polacy go doskonale znali :). Podobnie jest dzisiaj... naprawdę, nawet wśród młodych trudno trafić na kogoś, kto nie kojarzyłby tego charakterystycznego rytmu stylizowanego na rosyjskie melodie ludowe. A co dopiero mówić o starszych, którym od razu zbiera się na wspomnienia :). Utwór opowiada w dosyć luźny sposób historię autentycznie żyjącej postaci - rosyjskiego "mnicha" Grigorija Rasputina żyjącego na początku XX wieku, który według legendy posiadał nadnaturalne moce. Przy ich pomocy "wyleczył" rosyjskiego carewicza Aleksego z hemofilii, zdobywając wielki wpływ na rosyjską politykę. Uważa się, że dążył do wycofania się Rosji z wojny poprzez nietrafione decyzje strategiczne. Szlachta od dawna wiedziała, że coś jest nie w porządku i pod koniec roku 1916 zdecydowała się na morderstwo. To, co się wtedy działo, było naprawdę niesamowite. Plan zakładał zaproszenie Rasputina na małą jumprezę i podanie mu ciastek nafaszerowanych taką porcją arszeniku, że położyłaby konia trupem w mgnieniu oka (w piosence zastępuje je zatrute wino). Mnich je zjadł i... nic mu nie było. Dworzanie się lekko wściekli; wyciągnęli pistolety i nafaszerowali go dla odmiany całym mnóstwem ołowiu. Według świadka Rasputin wyglądał po tym, jak sito, a mimo to nadal był w stanie chodzić. Ogłuszono go więc pałką i bito aż do utraty przytomności. Główny mistrz ceremonii w końcu stwierdził zgon, ale dla pewności postanowił jeszcze wrzucić ciało do przerębli (morderstwa dokonano zimą). Gdy odnaleziono je trzy dni później, wykonano sekcję zwłok, która stwierdziła, że Rasputin... utopił się! O tym też opowiada piosenka, choć nie aż tak szczegółowo (historia kończy się na strzelaniu). Jeszcze jako ciekawostkę dodam, że jedno z rosyjskich muzeów wystawia jako eksponat hmmm..... powiedzmy, że interes Rasputina.
Motyw muzyczny utworu wzorowany jest na melodiach do rosyjskiego tańca kazaczok i twarzyszy nam od początku do samego końca. Cały utwór zresztą stylizowany jest na wzór rosyjski, co daje nam złudzenie obudzenia się nagle w carskiej Rosji :). Budowa jest bardzo prosta - rozbudowany wstęp, a następnie trzy zwrotki przedzielone refrenem. Pomiędzy drugą i trzecią znajduje się partia mówiona, a ostatni refren jest dwa razy dłuższy. Całość zamyka krótkie podsumowanie wokalisty: "Oh, those Russians..." :).
Rasputin na mojej prywatnej liście zajmije pierwsze miejsce wraz z omawianym wyżej Ma Baker. Po tylu latach słuchania nadal nie zatracił swej magii i to powinna być dobra rekomendacja :). Jakby co, w roku 2000 powstał bardziej dyskotekowy remiks dokonany przez Sasha.





