Wiosna roku 2920 była niezwykle upalna, jak na Krainę Latających Siekier. Jednak jej mieszkańcy wcale nie mieli ochoty na kąpiele w strumieniach, czy rozwieszanie bielizny na sznurach rozpiętych między obfitą ilością słupów granicznych. Wszystkie znaki na niebie i ziemi (oraz przy drogach) wskazywały, że stary porządek zaczyna chwiać się w posadach. W przeludnionych miastach grasowali uliczni krzykacze, ciągnący za sobą tłumy niezadowolonych z sytuacji gospodarczej pracowników fabrycznych. Robota paliła się w rękach komunistom, którzy właśnie takich nastrojów potrzebowali, aby przejąć władzę. Konkurencja była jednak coraz ostrzejsza, a zwolenników zdobywały niemal wszystkie grupy ideologiczno-polityczne. W takim właśnie klimacie dorastał w zielonej, kwitnącej i przesłodzonej, jak nieszczęście, pegezańskiej dolinie rzeki Lsamova młody, dziesięcioletni Harti. Mieszkał razem z ojcem, matką i trójką rodzeństwa w niewielkim domku we wsi Ptohe, a dni upływały mu beztrosko na zbijaniu bąków, lataniu po łąkach i topieniu rówieśnic w strumyczku. Pewnego ranka, gdy spożywał śniadanie, do skromnej kuchni wszedł jego ojciec pracujący w sklepie Kamartesa jako sprzedawca. Z racji swej profesji był zawsze dobrze poinformowany. Tak było i tym razem, gdy rzekł, waląc pięścią w stół:
- Rząd jest do chrzanu!
- Co się stało? - zapytała się matka Hartiego niepewnie - Czyżby coś złego?
- A i owszem! Dziś wyszło na jaw, że państwo nie ma już pieniędzy na dalsze funkcjonowanie i musi się zadłużać! Po miastach lud strajkuje. Żąda pracy, chleba i ciastek do kawy!
- I co na to ministrowie?
- Panikują, kitajce jedne! Wszystkie piekarnie ciastek do kawy splajtowały, więc co się dziwisz?
Harti przysłuchiwał się rozmowie, niewiele z niej rozumiejąc.
- Tatusiu, a czemu panowie ministrowie boją się ciastek do kawy?
- Cicho siedź! Nie widzisz, że jestem wkurzony? - krzyknął ojciec
- No właśnie, ojciec jest wkurzony! - dodała matka - marsz na górę!
Tak też postąpił. Już we wczesnym dzieciństwie pasek od spodni mocno wbił mu do głowy zdanie "czcij ojca swego i matkę swoją".
Osiem lat później Hartens Eggemau stał przed salą egzaminacyjną liceum społecznego w sąsiednim mieście Maganhe. Za piętnaście minut miał rozpocząć ustną maturę z pegezańskiego oraz kallickiego. Był trochę zdenerwowany i dla rozluźnienia rozmawiał z kolegami oraz koleżankami, którzy już za parę miesięcy albo wrócą do swych domów, albo rozjadą się po wyższych uczelniach. Sam nie wiedział jeszcze dokładnie, gdzie pójdzie i co chce robić w życiu. Wiedział jedno: towarzysze szkolnej niewoli go podziwiali. Przez trzy lata przewodniczył swojej klasie, był też szanowanym członkiem szkolnego samorządu. Umiał pociągać za sobą tłumy. Kiedy tak sobie rozmyślał, przy wejściu do budynku zrobiło się nagle spore zamieszanie. W tłum licealistów wbiegła grupa zmachanych i niechlujnie ubranych młodych ludzi z przewieszonymi przez ramiona opaskami w barwach narodowych. Coś krzyczeli, ale ich głos tonął w ogólnym rozgardiaszu, który zapanował na korytarzach. Po kilku minutach udało się im wydostać z potrzasku. Jeden z nich wskoczył na stojącą przy ścianie ławkę.
- RZĄD PEGEZY OBALONY! - ryknął - NIECH ŻYJE REWOLUCJA!
Tłum zamilkł. Na korytarz wybiegli nauczyciele.
- Co się dzieje! Proszę nie wrzeszczeć, egzaminy są!
- Jakie egzaminy?! - piszczał rewolucjonista - jesteśmy wolni, rządu Pegezy już nie ma! Koniec z korupcją, koniec z kryzysem!
Hartens zaczął wiwatować razem z tłumem, lecz profesor matematyki pobladł. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw, a przynajmniej nie tak wcześnie. W całej Krainie Latających Siekier zamęt polityczny trwał już czwarty rok, ale leżącą na jej obrzeżach Pegezę raczej omijał. Rządy co prawda upadały co parę miesięcy, ale w sposób całkowicie pokojowy i zgodny z konstytucją. A ten obradował dopiero tydzień! Teraz wszystko się skończyło. Żeby politycy byli chociaż na tyle przyzwoici, by pozwolić mi dokończyć maturę, pomyślał.
Po dziesięciu minutach dyrektor szkoły anulował egzaminy. Na ulicach rozległo się wycie syren, wszędzie widać było rozklekotane wozy wiozące ludzi przepasanych narodowymi pasami. Dokonywali oni demontażu dotychczasowej administracji i stworzenia tymczasowej rady miasta. Całe szczęście, że w pobliżu nie było żadnego posterunku wojskowego, gdyż ten szybko skruszyłby całe to przedsięwzięcie.
Już dwa tygodnie później okazało się, że sytuacja nie jest tak różowa. Ugrupowanie narodowe, które przejęło władzę, kontrolowało zaledwie dziesięć procent terytorium kraju. Coraz częściej dochodziło do strzelanin i rabunków. Wojna domowa wisiała w powietrzu. Wreszcie rzeczywiście wybuchła. Hartens, zamiast na studia, zaciągnął się do młodzieżowego oddziału paramilitarnego. Przez pierwsze kilka miesięcy pacyfikował wsie wspierające wrogo nastawione do nowych władz ruchy. W tym czasie szybko awansował na plutonowego i w październiku dowództwo powierzyło mu ważne zadanie. Dostał grupę czterdziestu ochotników, a ich zadaniem było odebranie z granicy Osthockiej transportu broni dla walczących narodowców oraz słoika ogórków dla żony oficera. Z siedemnastoma z nich służył już wcześniej i był bardzo pewny swojej grupy. Zadanie nie nastręczyło mu żadnych trudności. Odnalazł tajemnego łącznika, odebrał cztery ciężarówki wyładowane karabinami, amunicją i granatami, po czym bez trudu przeprowadził je na "swoje" terytorium. Za dostarczenie nieuszkodzonego przetworu spożywczego został wyróżniony pierwszym poważniejszym odznaczeniem. Rok później był już oficerem. Jego talenty przywódcze robiły swoje, a ponadto przodował wśród towarzyszy w takich dziedzinach, jak strzelanie, czy kondycja. Sam nawet nie podejrzewał, że jest tak dobry, ale wszystko to stawało się faktem. Wykonał kilkanaście znakomitych operacji, a nawet zdobył razem ze swoim oddziałem jedno z miasteczek. Obszar kontrolowany przez narodowców stale się powiększał. Mieli już w posiadaniu 36% powierzchni kraju.
Pewnej listopadowej nocy 2929 roku dziewiętnastoletni Hartens siedział w namiocie dowództwa razem z innymi oficerami. Większość z nich była w podobnym wieku, co on. Tylko dwie osoby przekroczyły wiek trzydziestu lat, w związku z czym rościły sobie prawo do pomocy teoretycznej "młodzikom", jak ich zwali - osobom, które zaszły tak wysoko, lecz nie miały odpowiedniego przeszkolenia oficerskiego. Niestety nie było innego wyjścia. Narodowcy potrzebowali oficerów. Właśnie trwała jedna z teoretycznych lekcji. Temat brzmiał: załatwianie potrzeb fizjologicznych na polu walki, uwzględniając aspekty moralno-estetyczne omawianego zagadnienia.
- Przy silnym ostrzale wroga - tłumaczył "starszy" - nie należy kategorycznie i pod pozorem siusiać w polowym kibelku. Czy ktoś może mi powiedzieć, dlaczego?
Hartens zgłosił się.
- Ponieważ "polowy kibelek" wystaje ponad trzydzieści centymetrów ponad ziemię, więc deska sedesowa znajduje się w zasięgu ostrzału ognia poziomego.
- Braawo - powiedział oficer, sam nawet nie wiedząc, co ma wspólnego ogień poziomy z wysokością trzydziestu centymetrów - tak właśnie być jest. W związku z tym trzeba zadbać o logistyczne zapewnienie walczącym żołnierzom środków do załatwiania...
- Przepraszam panie oficerze - do namiotu wsunęła się głowa kaprala
- A co tam?
- A gówno.
Oficerowie roześmiali się. Hartensowi bardzo się spodobało to powiedzonko.
- Proszę bez takich - rzekł prowadzący wykład bez cienia uśmiechu na twarzy - konkrety.
- Pilna sprawa. Szpiedzy w szeregach republikanów donoszą, że dziś w nocy zachodnią granicę przekroczyła Ferrinti Armie, wojsko ferrinckie.
Wszyscy zamarli.
- Natychmiastowe zebranie sztabu! - krzyknął jeden z oficerów, wypluwając niedopalonego papierosa na rozłożone koce. Dzięki właściwemu szkoleniu BHP powstały pożar nie spowodował strat w ludziach ani poważniejszych oparzeń. Sytuacja przedstawiała się tragicznie. Republikanów wsparły oddziały ferrinckie, którym widać nie na rękę było w sąsiedztwie państwo rządzone przez narodowców. Ogarnięty wojną domową kraj nie miał właściwie szans na obronę. Ferrincka maszyna wojenna była nie do zatrzymania. Chyba że...
- Panie generale! - rozległ się głos porucznika w eleganckim budynku naczelnego dowództwa Ferrinti Armie - Panie generale!
Idący korytarzem i kontemplujący stojące na marmurowej podłodze rzeźby generał Alkazzar, który odpowiadał za operację w Pegezie, zatrzymał się.
- Panie generale - rzekł porucznik - w Pegezie wszystko się posrało!
- I dobrze - odparł generał zadowolony. Porucznik było jego znajomym i mógł sobie wobec niego pozwolić na mniej służbowy ton - Ferrinti Armie jest tak niepokonana, że ma prawo wywoływać takie reakcje.
- Niezupełnie o to mi chodziło.... miałem na myśli to drugie znaczenie.
- Że co... że niby źle jest?
- Tak jest.
- Proszę zameldować się za pięć minut w moim gabinecie, poruczniku Wigehall - powiedział generał, zmieniając ton na służbowy.
Polecenie zostało wykonane co do sekundy. Gabinet generała mieścił się na trzecim piętrze i przypominał bardziej elegancki salon. Dębowe, stuletnie i przepięknie rzeźbione biurko kontrastowało pozostałą częścią wnętrza. Wzdłuż ściany z drzwiami ciągnęła się biblioteka pełna tysięcy pozycji, a pozostałe mury pokoju zostały pokryte elegancką tapetą oraz reprodukcjami obrazów znanych mistrzów. W kącie stał elegancki kominek, nad którym umieszczona była kolekcja orderów.
- Meldujcie wszystko, co wiecie - zaczął Alkazzar
- Właśnie doniesiono nam, że wszystkie ugrupowania zjednoczyły się przeciwko republikanom i stawiają naszym wojskom zacięty opór. Postępujemy naprzód, ale fanatyzm przeciwnika powoduje niesamowite straty. Oficerowie obawiają się, że nie uda nam się z powrotem przywrócić w Pegezie republiki.
Generał powoli zapalił cygaro.
- To wszystko?
- Nie. U samych republikanów nastąpił rozłam i część z nich z powrotem przyłączyła się do przeciwnika.
- Ale... dlaczego? Nie potrafię tego zrozumieć - powiedział zdenerwowany generał.
- Propaganda. Narodowcy rozpuścili plotkę, że chcemy podbić Pegezę i zaproponowali pozostałym ugrupowaniom zjednoczenie się w celu odparcia najazdu.
- A oni się zgodzili, czując nasze oddechy na karkach... - spokój w oczach Alkazzara imponował porucznikowi Wigehallowi - to do nich podobne.
- Cóż robić?
- Kontynuujcie natarcie. Jeśli się posuwamy naprzód, jest dobrze. Jeśli przypchniemy ich do wschodnich granic, nie będą mieli już gdzie się cofać i przywrócimy tam tę zasraną republikę, choćby nie wiem co. Rządowi strasznie nie podoba się graniczenie z jakimś narodowcowym wrzodem.
- Zrozumiano.
- Wysłać rozkaz nakazujący kontynuowanie walk jeszcze bardziej zaciekle. W miejscach oporu niszczyć do ziemi.
- Tak jest, generale!
Porucznik odsalutował i wyszedł wysłać rozporządzenia.
Mimo całego uporu sztabowi ferrinckiemu nie udało się złamać bojowego ducha w szeregach Pegezy. Poczucie zagrożenia doszczętnie zatarło wszelkie różnice przekonań i sprawiło, że wszyscy stali się narodowcami. Warczący na siebie wcześniej Robbar, przywódca komunistów, oraz gen. Izemt od narodowców bronili się teraz ramię w ramię, wspierając ciągle nawzajem. Ugrupowanie republikanów przestało istnieć i w teorii dalsza obecność wojsk Ferrintu na terytorium Pegezy była nieuzasadniona. Rząd dostał nawet stosowną notę dyplomatyczną informującą o tym fakcie, jednak zgodnie ze złotą regułą krajowej polityki została ona olana. Na prywatnej rozmowie w pałacu królewskim w Tajgarze spotkali się król Vitold VI, minister obrony Georg Lizât oraz ówczesny prezydent Thoni d'Perrěton. Celem jej było przedyskutowanie całej sprawy od początku do końca.
- Jak zatem szanowni państwo widzicie, interwencja w Pegezie zmierza do nieuchronnego fiaska - zakończył swój wywód pan Lizât.
-Trzeba nam coś postanowić - powiedział król - zajęliśmy prawie cały kraj, nie mamy poparcia, a wycofanie się spowodowałoby skompromitowanie się Ferrintu na arenie międzynarodowej. Na to nie mogę pozwolić.
- Również się z waszą wysokością zgadzam - podjął wątek prezydent - ale moim zdaniem wycofać się nie możemy z jeszcze jednego powodu.
- Jakiego? - zapytał minister obrony - ja nie widzę żadnego, prócz kompromitacji.
- Otóż w Krainie Latających Siekier panuje, że tak się wyrażę, burdel polityczny. Do Vissein, Cargary, czy Yarvody praktycznie nie da się dotrzeć normalnymi środkami transportu z powodu walk, sporów i tarć. Moglibyśmy co prawda powołać rząd Pegezy Zachodniej, lecz ta raczej szybko by się pod wpływem tego prądu rozpadła. To groziłoby utratą kontroli nad Karriahem.
- Rzeczywiście, ma pan rację, panie prezydencie - powiedział król - Pegeza wbija się między Ferrint i Karriah na wiele kilometrów. Nie możemy dopuścić do tego, aby kraj ten pogrążył się w jeszcze gorszym zamęcie. Już i tak ostatni rok nam powinien wystarczyć.
- Z tego wszystkiego jest tylko jedno wyjście - odparł minister, odkładając filiżankę z kawą na stolik - przyłączyć Pegezę do Ferrintu. Nic innego się nie da zrobić, choć to bolesne rozwiązanie i z pewnością także nie przysporzy nam zwolenników. Przynajmniej twarz zachowamy.
Grupka zamilkła. Jedynie pod krzesłem króla złamała się noga, a on sam upadł na ziemię, pociągając za sobą obrus z całym serwisem.
- Przepraszam państwa bardzo - wyszeptał zaczerwieniony ze wstydu, podnosząc się z podłogi, cały w kawie i okruszkach - szlag by trafił tę służbę. Prosiłem ich miesiąc temu, by się zajęli tym krzesłem i powiedzieli mi, że wszystko jest w porządku. Mam nadzieję, że poczekacie chwilkę, aż się przebiorę i przyniosę nową kawę?
- Nie ma rady, jedyną szansą obrony jest okopanie się - powiedział Hartens Eggemau w podziemnym schronie miasta Pegeza będącego stolicą kraju o tej samej nazwie. Wsławiony już w jego obronie, otrzymał dwa dni temu generalską nominację na miejsce swojego poprzednika schwytanego przez Ferrintczyków. Nie myślał wiele nad losem poprzednika. Walka pochłaniała go do reszty.
- Musi być inne wyjście - odparł oficer Mellam Alcade - nie możemy ot tak, okopać się na samej linii frontu, gdyż wystrzelają nas, jak kaczki.
- Wiem. Ale uwierz mi. Te kitajce szturmują już z zachodu, południa i wschodu. Jeśli przejmą połączenie z resztą kraju, będziemy zgubieni. Tylko okopy pozwolą nam na oddelegowanie tam części sił i utrzymanie stolicy.
- Ale to oznacza utratę przedmieść!
- Tak, masz rację. Ale albo przedmieścia, albo cała stolica.
Stół z rozłożoną mapą zaczął się telepać, a w schronie dało się odczuć silny wstrząs. Gdzieś niedaleko musiała spaść bomba. Powierzchnia powoli zamieniała się w ruinę pod ostrzałem artylerii ferrinckiej. Hartens był tym wszystkim zgorszony. Nie rozumiał, po co ci idioci republikanie w ogóle zapraszali obce wojska? W jego opinii wlazły tu one tylko po to, aby zająć Pegezę i uczynić ją ponownie jedną z prowincji swego kraju, przywracając stan sprzed czterdziestu lat.
- Wykonać - rzekł krótko. Spojrzał w kąt, gdzie stało jego polowe łóżko. Postanowił się położyć i trochę zdrzemnąć, gdyż od prawie dwudziestu godzin był na nogach. Z drzemki wyrwało go dobitne pukanie w zasłonę tymczasowo służącą za drzwi. Szybko zerwał się i podszedł do wejścia.
- Co tam? - zapytał, widząc w nim sierżanta Humvoppa.
- Melduję nadejście wieści z Ferrintu - odparł sierżant, wyciągając gęsto zapisaną kartkę papieru - priorytet czerwony.
Hartens chwycił notkę w dłoń, rozwinął i zaczął czytać:
Tajgar, dnia 12.1.2930
do Narodowego Rządu Pegezy oraz Narodowej Obrony Pegezy
Mając na uwadze ostatnie zdarzenia, Królestwo Ferrintu pragnie wyjaśnić narosłe w ostatnich miesiącach tragiczne nieporozumienia między obiema stronami. Choć rząd KdF nie uznaje aktualnie legalności istnienia Narodowego Rządu Pegezy, zwraca się jednak właśnie do niego z racji tego, iż faktycznie sprawuje on władzę w Pegezie Wschodniej.
Wprowadzenie Ferrinti Armie na tereny Pegezy Zachodniej miało miejsce za zgodą i przyzwoleniem ugrupowania republikańskiego, które uznajemy za jedynego i legalnego następcę Republiki Pegezy obalonej dnia 13.5.2928. Sztabowi zostały wydane dokładne rozporządzenia zakazujące jakichkolwiek gwałtów oraz rabunków na terytorium Pegezy, a także zalecenie, by w miarę możliwości przywracać przedrewolucyjną administrację. Było to spowodowane tym, iż głównym zadaniem Ferrinti Armie w Pegezie było i jest przywrócenie tu republiki, pokoju i zabezpieczenie przed przenikaniem dalszych ruchów rewolucyjnych z terenu Krainy Latających Siekier. Jak widać, jest to zupełnie sprzeczne z szerzoną przez Narodowy Rząd Pegezy propagandą, jakoby chcielibyśmy zająć ten kraj i uczynić go jedną z prowincji. Ta wysoce krzywdząca i niesprawiedliwa dla nas teoria, która spowodowała nawet powstanie republikanów przeciwko nam, musi zostać zakończona. Pragnąc uniknąć dalszych strat wśród ludności i infrastruktury kraju proponujemy uczciwe rozwiązanie pod postacią zawieszenia broni i rozpisania w całym kraju wolnych wyborów przeprowadzonych pod kontrolą Ferrinti Armie zgodnie z konstytucją Republiki Pegezy z dnia 1.7.2910 roku. Po wyłonieniu nowego rządu oddziały FA zajęłyby się przywróceniem porządku, pomogłyby odbudować infrastrukturę kraju, a następnie strzec wschodnich granic aż do czasu stabilizacji sytuacji w Krainie Latających Siekier.
Jest to jedyna propozycja pokojowa, jaką jesteśmy w stanie zaakceptować. Nie możemy tolerować obecności Pegezy w swym pełnym wymiarze terytorialnym, jeśli ta będzie rządzona przez wyłonioną w sposób rewolucyjno-represyjny władzę. Dlatego jeżeli Narodowy Rząd Pegezy na nią nie przystanie, zmusi nas tym samym do przyłączenia całej Pegezy do Ferrintu, aby zapewnić stabilizację, respektowanie cywilizowanych norm na tym obszarze oraz w miarę możliwości stłumienie rewolucji w Krainie Latających Siekier, która wysoce szkodzi zarówno tamtejszej ludności, jak i samemu KdF.
Podpisano: Prezydent Królestwa Ferrintu Thoni d'Perrěton
Hartens po skończeniu lektury był cały czerwony ze złości.
- Jaką odpowiedź przekazać sztabowi od generała? - spytał sierżant
- A GÓWNO, A NIE WYBORY POD KONTROLĄ TYCH KITAJCÓW! - wrzasnął Hartens
- Zrozumiano.
Sierżant zasalutował i oddalił się.
- Nie mogę w to uwierzyć - powtarzał sobie minister obrony Ferrintu, czytając w obecności generała Alkazzara odpowiedź z Pegezy - Nie mogę w to po prostu uwierzyć! Proszę tylko posłuchać, co napisali: "A gówno, a nie wybory pod kontrolą waszych zawszonych kitajców z FA. Podpisano w imieniu NRP: generał Josi Tichemmt".
- Że jak? - generał spadł z krzesła ze zdziwienia.
- Dokładnie tak, jak przeczytałem.
- Jakie zatem wytyczne?
- Zająć, zdemontować administrację, przyłączyć do Ferrintu. Nie chcą pokoju, to nie. Jutro w parlamencie przegłosujemy ustawę nad utworzeniem prowincji Pegeza, a za tydzień to samo zrobi Karriah ze swoim kawałkiem tortu.
- Pragnę zwrócić uwagę na jeden mały problem - powiedział generał
- Jakiż to?
- Obrońcy Pegezy okopują się na całej granicy. Niedawno dostałem potwierdzenie. Wały ziemne, zapory przeciwczołgowe, doły, prowizoryczne stanowiska karabinów, no i najgorsze: betonowe wały.
- To tam mają jeszcze jakiś cement?
- Widocznie mają. Najgorsze jest to, że budują to wszystko kilka kilometrów za frontem, wzdłuż ulic miast i wiosek. Zanim się do tego przebijemy, będzie gotowe, a bombardować tego w zabudowie miejskiej też nie ma jak.
- Trudno, zajmijcie pozycje do okopów, a potem się pomyśli. Najwyżej się wstrzyma ofensywę na trochę, niech przynajmniej zima przejdzie. Bez dostaw muszą się w końcu załamać.
Nastała chwila ciszy.
- A Osthock? - spytał Alkazzar.
- Co Osthock?
- W Osthocku wciąż panuje spokój, a jego rząd dorabia sobie dostawami broni, żywności i innych takich dla Krainy Latających Siekier. Wiem, że to jest niedopuszczalne, ale za dużo nie możemy zrobić. Z kolei Pegeza z takimi dostawami może się bronić, że tak się wyrażę, aż do usranej śmierci.
- Wyjścia nie ma. Dotrzyjcie do okopów, a później zobaczymy. Karrain i Osthocka przecież nie zaatakujemy, bo jakby nie patrzeć, to nasi sprzymierzeńcy. I tak już mamy wystarczająco dużo zmartwień z jedną Pegezą; lada dzień zaczną pewnie noty krytyczne z całego świata napływać.
- To wszystko?
- Myślę, że tak - rzekł minister i wrócił do swojego gabinetu, zostawiając generała samego.
Polecenie ministra zostało wykonane co do joty. Linia frontu została zasypana taką ilością pocisków, że zaczęła przypominać jedną wielką dziurę w ziemi ciągnącą się z północy na południe. Kiedy wstrząsy wybuchów wykryła aparatura sejsmologiczna w Anardzie, do konfliktu postanowiła włączyć się cała społeczność międzynarodowa. Kilka dni później na prowizorycznym lotnisku w mieście Remapthi na wschód od miasta Pegeza wylądowały samoloty z żołnierzami z Anardy, Vittoni, Maylandu oraz Suugesfoldu. O ile wojska Ferrintu wstrzymały ogień, o tyle Pegezę trzeba było trochę utemperować, by zostali tam, gdzie byli. Mimo to już po dwóch tygodniach obie strony były odseparowane od siebie 3-kilometrową strefą buforową, a siły stabilizacyjne spróbowały wymusić na nich zawieszenie broni, by nie siedzieć tu przez wieki. Wreszcie udało się. Delegaci obu stron spotkali się w stolicy Anardy, Suwawrze, aby zadeklarować wstrzymanie działań wojennych przeciwko sobie. Sala, w której miał nastąpić ten moment, została specjalnie udekorowana i zabezpieczona. Istniało bowiem ryzyko, że delegacja Pegezy pożre na miejscu ferrinckich dygnitarzy, gdy tylko ci znajdą się w zasięgu ich wzroku. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Wszyscy patrzyli na siebie spode łba, ale zachowywali się spokojnie. Po paru przemowach zawieszenie broni do odwołania zostało podpisane. W jego myśl oddziały stabilizacyjne miały stacjonować tam jeszcze przez trzy lata oraz zbudować wzdłuż granicy specjalną, 300-metrową strefę, która w przyszłości miała oddzielać Pegezę od Ferrintu aż do czasu, gdy strony same się porozumieją co do dalszej przyszłości. Nie było to miłe dla nikogo. Zarówno w Ferrincie, jak i Pegezie potraktowano ten akt jako przegraną i kompromitację. W tym pierwszym było to o tyle dotkliwsze, że było to światowej rangi mocarstwo, któro nie dość, że nie potrafiło dać sobie rady z małym kraikiem, to jeszcze dało się wciągnąć w tę żenującą dziecinadę, jak nazywano całą misję stabilizacyjną w prasie.
Prowincja Pegeza Zachodnia była częściowo wyludniona. Sporo osób, które dały się nabrać na narodową propagandę, zbiegło na wschód przez Osthock, powodując tam przeludnienie i problemy natury infrastrukturalnej. Ferrint nie utrzymywał z tamtą częścią żadnych kontaktów dyplomatycznych, nie zezwalając jej mieszkańcom na jakikolwiek rodzaj podróży przez swoje terytorium. W roku 2940 wzdłuż całej granicy zbudował sieć silnych baz wojskowych mających bronić kraju przez ewentualnym kontratakiem Pegezy. Oficjalnie wszak oba państwa wciąż znajdowały się w stanie wojny. Uznano to za relikt właśnie zakończonej zawieruchy politycznej w Krainie Latających Siekier.
Ferrint oczywiście do mieszkańców nowej prowincji nic nie miał. W następnych dwóch latach prowincja uzyskała autonomię kulturową, co zaowocowało powstaniem szkół oraz uniwersytetu z miejscowym językiem nauczania, lokalnych gazet i stacji radiowych. Nadal jednak jego rząd był niepokojony przez poczyniania Pegezy Wschodniej. Po śmierci Josiego Tichemmta władzę przejął tam Hartens Eggemau, generał dowodzący obroną stolicy kraju. Propaganda antyferrincka została uznana za priorytet. I tak zaczęły powstawać książki, filmy oraz audycje szykanujące swego zachodniego sąsiada, dzieci w szkole uczono, że przy napotkaniu Ferrintczyka w Pegezie najlepiej go zastrzelić. Ba! Dobrano się nawet do religii, którą przerobiono tak, że w świętych księgach zastąpiono słowo "piekło" przez "Ferrint"! Pod koniec lat 40. władzę w Ferrincie przejęli postępowcy. Postanowili oni nawiązać jakąś nić porozumienia, ponieważ Pegeza znacznie wydłużała szlaki transportowe z odbudowującą się Unią Ravengardzką, która stała się głównym partnerem handlowym mocarstwa. Próby zakończyły się jednak niepowodzeniem. Najpierw wysłano notę proszącą o nawiązanie stosunków dyplomatycznych i zakończenie wojny. Później poszła prośba o zakończenie szykanowania ferrintczyków. Później ponowienie prośby o nawiązanie stosunków. Na wszystko odpowiedź była jedna: "A gówno". W 2971 sprawa stała się na tyle frustrująca, że ówczesny rząd zdecydował się na pewien eksperyment. Pegeza na każdy list, jaki do niej posyłano, miała wciąż niezmiennie tę samą odpowiedź. Autorem zamiaru był jeden z posłów, Artur Faidemm. Zaproponował on, aby tym razem posłać tam notę... pochwalną. Tak też zrobiono. Specjalnie wydelegowana grupa znawców języka ferrinckiego oraz lizusów przygotowała wiadomość, której motywem była wielkość, chwała i zalety Pegezy oraz jej mieszkańców. Dnia 25.9.2971 poleciała ona w świat. Tajgar otrzymał odpowiedź po dwudziestu godzinach. Tak, jak przewidywał pomysłodawca, odpowiedzią było "A gówno". Oznaczało to, że dyplomacją ferrincko-pegezańską zarządzał... automat, a posyłanych tam listów nikt nawet nie czytał! Czym prędzej ogłoszono to w prasie, która podjęła ochoczo rządowy temat. Jakież było zdziwienie rządzących, gdy w następnym tygodniu z Pegezy przyszedł 30-stronicowy dokument zawierający całą pegezańską wiedzę o wulgaryzmach zastosowaną na Ferrincie oraz jego mieszkańcach. Gazety ogłosiły to jako "Przełom w stosunkach Tajgar-Pegeza!".
Przełomu jednak nie było. W następnych latach dalej z nużącą regularnością Tajgar odbierał noty dyplomatyczne zawierające słynny zwrot "A gówno". Nie pomagało dosłownie nic. Pegeza oczywiście nie zgodziła się na przepuszczenie przez swoje terytorium pierwszej linii kolei odrzutowych VIT z Vissein do Tajgaru, choć leżała na linii prostej między tymi miastami. Cały tor trzeba było odsunąć daleko na południe. Nowy rząd ferrincki, wybrany w wyborach roku 2985 zdecydował się wreszcie definitywnie rozwiązać całą sprawę. Pewnego zimowego poranka 2988 roku wybitny politolog Arthur Memmar odbył w kuluarach budynku parlamenu rozmowę z ferrinckim ministrem spraw zagranicznych.
- Panie ministrze - rzekł po wstępnej konwersacji na tematy ogólne - czy nie uważa pan, że sprawa Pegezy powinna zostać w końcu ostatecznie rozwiązana? Tak postawione sprawy nie mogą trwać wiecznie, cały tamtejszy region pogrążony jest w kryzysie.
Minister spraw zagranicznych, Sullers Korvester, mężczyzna w średnim wieku z zaczątkami łysiny oraz siwizny, przeciągnął się na swoim fotelu, poprawiając szary garnitur. Jak zawsze dobrze na nim leżał.
- Oczywiście, że uważam. Nadeszła chyba najwyższa pora, zważywszy na dzisiejszą sytuację w polityce światowej. Wszyscy chcą wszystkim skakać do gardeł. Idealne środowisko dla ferrinckiej dyplomacji. Zawsze w takich ciężkich momentach osiągaliśmy najwięcej.
- Czy ja wiem? Teraz jest zupełnie inaczej niż kiedyś. Raczy pan zauważyć, że sprawy nie dotyczą tutaj jakiegoś małego wycinka Yermenii. Grozi nam międzykontynentalna wojna, w której możliwe jest nawet bojowe wykorzystanie rakiet jądrowych. Federacja Virgines nie daje sobie tak łatwo dmuchać w kaszę. Już w przyszłym roku ich wojska mogą wylądować na yermeńskich plażach...
- Tym się proszę nie przejmować. Od czterdziestu lat nieprzerwanie Ferrint posiada najsilniejszą armię na Zei. Starczy i na obronę, i na załatwienie spornych kwestii.
- W tym momencie pana nie pojmuję. Grozi nam bezpośredni frontalny atak, a pan chce jeszcze w takich warunkach rozwiązywać spory graniczne z sąsiadami?
Minister uśmiechnął się tajemniczo.
- Niech pan mi zaufa. Wojna wojną, a nie miną cztery lata, gdy cała Pegeza znajdzie się w granicach Ferrintu.
- To niemo...
- Z własnej woli. Zobaczy pan... - dodał, wstając z fotela i wychodząc.
Od początku tegoż roku światowa scena polityczna przypominała film pornograficzny szalonego programisty. Przez tyle lat pracowicie kompilowano ją, niczym program, a teraz patrzono, jak wszystko się wali. W końcu stało się. 18 lipca podczas wielkiej gali uroczyście ogłoszono rozpoczęcie wojny międzykontynentalnej, a na plażach yermeńskich wylądowały desanty Federacji Virgines przybyłe zza oceanu. Wojna się rozpoczęła. Choć był to jawny atak na wspólnotę kontynentu oraz dumę z bycia jego obywatelem (o czym świadczyło istnienie wspólnej internetowej domeny .yrm), kilka narodów opowiedziało się po stronie najeźdźcy, aby osiągnąć jakieś polityczne korzyści. Jednym z nich był leżący nad samym oceanem Beilland, którego armie sprawiły, że na wschodzie sytuacja była ciężka, jak nigdy. Front stopniowo zbliżał się do Pucevelle, stolicy Królestwa Sem oraz w kierunku stolicy Deixverii. Tymczasem w Krainie Latających Siekier Virgines przejął kontrolę nad Sedanią i Yarvodą. Powszechnie wiadomo było, że szykowane jest uderzenie na Vissein. Armia Ravengardu oraz Ferrincki Korpus Ekspedycyjny pospiesznie formowały linię obrony na rzece Rozza. W całym tym zamieszaniu przez przypadek otoczono miasto fosą, a nawet zaczęto budować mury, dopóki ktoś w sztabie się nie zorientował, co się porobiło.
Jednak największy ubaw, o ile można to tak nazwać, miał sam Ferrint. Po stronie najeźdźcy opowiedziała się Pegeza Wschodnia, której armia przekroczyła kilka dni po wybuchu wojny linię demarkacyjną i w błyskawicznym tempie rozpoczęła marsz na zachód. Na szczęście dla obrońców, tamtejsi dowódcy jawnie odmawiali wykonania virgińskich rozkazów uderzenia także w kierunku Zatoki Sarturskiej, aby nie narobić sobie jeszcze więcej wrogów. To uchroniło aktualnie jedyną w tej części świata linię kolei odrzutowych VIT łączącą Tajgar i Vissein, którą teraz gorączkowo przerzucano kolejne oddziały oraz sprzęt z jednego frontu na drugi.
Na froncie pegezańskim Ferrinti Armie cofała się na każdym kroku. Choć świetnie wyszkoleni i wyposażeni żołnierze walczyli o każde miasto, nie mogli z początku przełamać fanatyzmu przeciwnika. Z jednego z miasteczek zwanego Quollo pospiesznie ewakuował się garnizon. Był otoczony już z trzech stron, w dodatku kontrolował jedynie kilkanaście kwartałów wokół rynku. Dowódca zarządził odwrót, nie czekając na rozkazy z góry. Pegezanie od razu przejęli opuszczone tereny. Żołnierze biegali po mieście, krzycząc i wiwatując. Cieszyli się z wyzwolenia kolejnej części ich ojczyzny. Jeden z nich, niejaki Potti Ruptad, wpadł jak burza do jakiegoś nieuszkodzonego domu. W piwnicy spotkał swego rodaka, starszego właściciela tej nieruchomości, który chronił się przed walką, jak tylko mógł. Postanowił czym prędzej podzielić się z nim swoją radością.
- Witaj rodaku znowu w Pegezie! Żyłeś w ucisku przez tyle lat, ale teraz cię wyzwoliliśmy!
- A po kiego grzyba? - padło pytanie, a wraz z nim nastała cisza.
- Co po jakiego grzyba? - powiedział żołnierz lekko zdezorientowany.
- Dlaczego nas wyzwoliliście? A to źle nam było w Ferrincie? Teraz wszystko szlag trafił!
- Aresztuję cię za zdradę stanu.
- No masz ci los... wielkie dzięki za takie "wyzwolenie"...
Żołnierz siłą wyciągnął rozmówcę z piwnicy i przytargał do tymczasowego obozu. Okazało się, że nie był jedynym, któremu przytrafiło się coś takiego. W obozie znajdowało się już około czterdziestu ludzi aresztowanych za kwestionowanie wielkości wyzwolenia. Sprawa była tak intrygująca, że na spotkanie z nimi przyszedł sam generał, niski mężczyzna w wieku około czterdziestu lat z lekko widoczną tuszą.
- Ja, komendanci, meldować, co się stało - zażądał, wchodząc do wojskowego namiotu.
- Podczas wyzwalania natrafiono na niezdecydowane jednostki, które protestowały przeciwko wyzwoleniu - meldował jeden z pułkowników.
- I?
- I ich aresztowaliśmy.
- Prufpagg! - zaklął generał - wyście idioci są! Całą Pegezę aresztować chcecie, cioty od siedmiu boleści? Tu wszyscy tak myślą.
Żołnierze popatrzyli się na siebie, kompletnie ogłupiali.
- Meldujemy, że nie rozumiemy.
Generał przybliżył się do sierżanta, który wyrzekł te słowa. Ten zaczął się pocić i odruchowo przełknął ślinę.
- Coście powiedzieli, sierżancie Ballafi? Nie rozumiecie!
- Nie rozumiemy - mówił piskliwym głosem zapytany - przecież powszechnie wiadomo, że Ferrint jest do dupy, przecież były audycje radiowe dla mieszkańców terenów okupowanych...
- ALE NIKT ICH TU NIE SŁUCHAŁ, TY CIECIU MALOWANY! ONI O TYM NIE WIEDZĄ!
Generał zwrócił się do człowieka aresztowanego przez kaprala Ruptada.
- Uważasz, że Ferrint jest największym wrzodem, jaki mógł istnieć?
- Nie! - odparł zirytowany - co wam na mózg padło? Mieliśmy wszystko, od autonomii, po demokrację, dobre zarobki i edukację. Wy to zniszczyliście!
- Widzicie żołnierze, oni myślą, że jak mają dobrobyt, dostęp do najnowszej technologii, kosmiczne zarobki, to już Ferrint jest cacy. Tu trzeba czasu.
- No nie - powiedział wkurzony jeden z aresztowanych - albo oszalałem, albo do tej Pegezy Wschodniej sami debile pouciekali.
- Ja również!
- I ja! - zaczęły odzywać się inne głosy.
Kilka osób przejęło inicjatywę, zupełnie ignorując obecność uzbrojonych żołnierzy.
- Idziemy! Robota czeka, a tu mnie szlag zaraz trafi.
I wyszli, zostawiając jeszcze bardziej ogłupiały sztab samemu sobie.
Jednak Armia Pegezy nie poprzestała wyłącznie na odbiciu swojego własnego kraju. Z rozpędu zaczęła "wyzwalać" także ziemie rdzennie ferrinckie, ku ogólnemu zdziwieniu sztabów obu stron. Udało się ją zatrzymać jakieś dwadzieścia kilometrów przed Tajgarem. W tym szesnastomilionowym mieście wybuchła niesamowita panika. Ludzie rozpowiadali niestworzone historie o okrucieństwie najeźdźcy i czym prędzej opuszczali stolicę, kierując się ku granicy ze Spatecją. Na autostradach powstały wielokilometrowe korki, wzdłuż których rozkwitł tzw. ewakuacjobiznes. Według analityków na jeden kilometr drogi przypadły wtedy cztery bary szybkiej obsługi, pięć punktów sanitarnych, dwa salony rozrywki, jeden salon fryzjerski, a co średnio co trzy kilometry rozstawiona była kawiarenka internetowa. I tak to szło aż do zachodnich granic kraju, pod namiotami, w barakach. Artyleria Pegezy otworzyła ogień ku Tajgarowi, lecz z powodu nieaktualnych map ostrzelana została jakaś stodoła. Było to dość zastanawiające, wszak miejskie wieżowce było z frontu widać dość dobrze i nie było najmniejszego kłopotu z celowaniem na oko. Sprawdziło się za to lotnictwo. Przez pierwsze pół godziny. Później w ciągu kwadransa ferrinckie myśliwce wyposażone w najnowocześniejsze komputery oraz uzbrojenie przerobiły je w kupę złomu. To był przełom. Gdy opadło już zdziwienie i szok wywołany całą operacją, Ferrinti Armie przeszła do kontrofensywy. Dysponująca wszystkim, co tylko się dało, oraz (jak na warunki) nieograniczonymi ilościami amunicji i paliwa, do stycznia wyparła najeźdźcę aż do granic z roku 2929, na których Pegeza zdążyła się już dość dobrze okopać. Pozostało tylko czekać i modlić się o cud. W międzyczasie część oddziałów walczących z Pegezą przerzucono na front sedański w Krainie Latających Siekier, a także dalej na wschód, pod Pucevelle.
Pegeza szybko znikła z nagłówków gazet. Wszyscy interesowali się wschodem, gdzie sprzymierzonym wojskom Yermenii udało się przejść do kontrofensywy. W październiku 2990 roku upadła ostatnia twierdza najeźdźcy na kontynencie, podczas gdy w samej Federacji Virgines lądowały już pierwsze desanty. Walki w tamtym rejonie skończyły się w następnym roku. Przyczyna była dosyć prozaiczna. Tamtejszym mieszkańcom przestała podobać się wojna. Wywołali więc rewolucję, obalili prezydenta i rozpoczęli rozmowy pokojowe. 3go lutego 2992 roku w mieście Rea Antonna podpisany został akt kapitulacji. Tydzień później w Ravengardzie, w Yermenii zebrano się na konferencji pokojowej i wtedy Ferrint uświadomił sobie, że nadal nie została rozwiązana kwestia Pegezy. Zdegustowany tym faktem minister obrony wysłał do tegoż kraju grupę komandosów, która siłą sprowadziła stamtąd delegację Narodowego Rządu Pegezy na rozmowy pokojowe.
W kwietniu sprawa była już jasna. NRP zmuszony został do podania się do dymisji i rozpisania w kraju wolnych wyborów. Tylko pod takim warunkiem Ferrint zgodził się na ponowne uznanie granic z początku wieku, a w przypadku odmowy zagroził całkowitym zrównaniem z ziemią całego kraju. Wszyscy wiedzieli, że rząd tajgarski nie rzuca tym razem słów na wiatr, mając w pamięci analogiczny los, jaki spotkał stolicę Federacji Virgines. No... w sumie było to przypadkowe działanie, gdyż do sztabu za późno dotarły informacje o rewolucji, ale co tam. Stało się i było to faktem. Hartens Eggemau, dotychczasowy dożywotni prezydent Pegezy, udał się na emigrację pierwszym nocnym samolotem. Prawdę mówiąc to diabli wiedzą, gdzie on właściwie poleciał. Spatecja twierdziła, że zestrzeliła nad swoim terytorium jakiś samolot pasażerski obcych linii lotniczych, ale żadna z takowych nie zgłaszała zaginięcia którejkolwiek ze swych maszyn. Następnego dnia wyszło na jaw, że Spatecja zestrzeliła swój własny samolot wojskowy, który był wprawdzie zdalnie sterowany, ale za to był koszmarnie drogi. Na samej konferencji ustalono jeszcze mnóstwo innych ciekawych rzeczy. Okazało się na przykład, że Unia Ravengardzka po pięciuset latach istnienia zdecydowała się całkowicie zjednoczyć, wciągając do spółki leżące na południe od niej Karrain. Nazwa oczywiście zmieniona nie została, gdyż nikt nie potrafił wymyślić żadnej ciekawej. Stolicą nowego kraju zostało Vissein. W ogóle cała Kraina Latających Siekier jako tako, ale się zjednoczyła. Z osiemdziesięciu niepodległych krajów zostało zaledwie kilkanaście.
Minister spraw zagranicznych Sullers Korvester stał w oknie jednego z wieżowców robiącego tymczasowo za parlament, gdyż właściwy budynek został zniszczony przez spadający samolot Pegezy przed trzema laty. Patrzył na wracających do miasta ludzi. W samym Tajgarze nie widać było bałaganu. Służby porządkowe uprzątnęły wszelkie zawaliska już kilka dni po nalotach, pozostało jedynie odbudowanie niektórych budynków. W drzwiach jego gabinetu rozległo się pukanie.
- Proszę wejść - zakomendował minister.
- Witam, witam - ozwał się z tyłu znajomy głos. Sullers odwrócił się i ujrzał twarz politologa Arthura Memmara.
- Ach, jak miło pana widzieć! - krzyknął - sporo się pan zmienił. Kiedyśmy to się ostatni raz widzieli?
- Jutro minie rok, sześć miesięcy i osiemnaście dni.
- Co pana do mnie sprowadza?
- Odpowiedź jest chyba oczywista? - zapytał Arthur, zdziwiony, gdyż fakt ten był dla niego oczywisty - wojna się skończyła. Pamięta pan naszą rozmowę z 2988? Obiecał mi pan wtedy, że za cztery lata calutka Pegeza znajdzie się w granicach Ferrintu.
- Rzeczywiście - przypomniał sobie minister, drapiąc się po głowie - ale to da się załatwić. Proszę spocząć chwilę na fotelu...
Sullers Korvester sięgnął po niebieski telefon stojący na pulpicie jego biurka. Wystukał na nim sobie tylko znany numer i odczekał, aż centrala go połączy.
- Halo? Tu Sullers Korvester. Słuchaj, jest taka.... tak? Dobra! Słuchaj, jest taka sprawa. Weź z archiwum niebieską kopertę A35-B66-3 i poślij ją z łaski swojej do Pegezy.... Tak... Nie, nie musisz.... Halo? .... Tak..... Tak, tak...... Dobrze..... Tak.... Dobrze..... Halo?.... Halo?...... Kupię... Tak, tak...... Zobaczę..... Tak.... Tak, tak.... Rozumiem. To do zobaczenia. Co?.... Dobrze.... Tak, tak... Dobrze.... Słuchaj, a nie możesz mi tego po prostu mailem wysłać, tylko musisz mi tu pie.... to znaczy truć o tym przez telefon? Tak?.... Zatem cześć!
Minister odłożył słuchawkę z wyrazem ulgi na twarzy.
- Załatwione. Za parę dni będzie pan miał tę swoją Pegezę.
Memmar nie do końca zrozumiał.
- Nie do końca rozumiem.... do kogo pan zadzwonił?
- Do mamy. Jeśli chodzi o wysyłanie not dyplomatycznych, jest niezrównana. Zawsze dołącza do nich jakieś pocztówki z ciepłych krajów, przyozdabia w kwiatuszki i inne takie. Ale cóż... w końcu robi to zawodowo od siedemnastu lat... pracuje w poczcie rządowej.
- A co było w tej kopercie, o którą pan poprosił?
- Zobaczy pan... - odrzekł tajemniczo minister
- Ech... pan i pańskie tajemnice....
- Zobacz! - krzyczał pracownik rządowej poczty w Pegezie do swoich kolegów - jak babcię kocham, pierwszy raz w życiu widzę dokument dyplomatyczny pomalowany w kwiatuszki!
- Ktoś sobie z nas jaja robi...
- Nie, to niemożliwe. Przywiózł to kurier prosto z Tajgaru.
- NRP miał rację.... - wtrącił się ktoś - Ferrint to strasznie walnięty kraj.
- Lepiej zawiadomię premiera, te kwiatuszki coś mi mówią, że jest to sprawa niezwykłej wagi.
Jeden z pracowników wyraźnie się zainteresował.
- Czym jest ta niezwykła waga? Proszę wybaczyć, że pytam, ale szukam prezentu dla żony na urodziny...
Wszyscy popatrzyli się na niego i z politowaniem popukali w czoło.
Prywatna sala konferencyjna rządu Pegezy została wypucowana do końca. Malarze, którzy byli tu w związku z zamalowywaniem symboli NRP na ścianach, uprzątnęli już swe graty. Wzdłuż całego pomieszczenia rozstawione były stoły, krzesła, mikrofony, wody mineralne oraz środki pobudzające. Lada chwila nowomianowany demokratyczny rząd Republiki Pegezy miał się tu zebrać w trybie nadzwyczajnym w związku z niebanalną ofertą Ferrintu. Gdy wybiła godzina dwudziesta pierwsza, drzwi się otwarły i do sali weszło trzydzieści osób w garniturach z teczkami. Wszyscy równym rzędem podeszli do swoich miejsc i w tym samym momencie usiedli. Premier, któremu przydzielono miejsce u szczytu stołu, przemówił.
- Witam państwa na pierwszym nadzwyczajnym posiedzeniu rządu Republiki Pegezy związanym z ostatnią notą dyplomatyczną z Tajgaru. Zostanie ona teraz odczytania. Janie, prosimy.
Do sali wkroczył pomocnik z kartką w ręku. Znalazłszy się u boku premiera, zaczął czytać:
- Kłrułabbmtpła....
- Janie - szepnął premier - trzymasz tekst do góry nogami.
- Najłaskawiej przepraszam - odparł Jan.
Oto tekst noty dyplomatycznej:
Tajgar, dnia 31.8.2992
do rządu Republiki Pegezy (acha, pozdrowienia dla państwa. Podp: mama ministra spraw zagranicznych Ferrintu)
W imieniu Jego Królewskiej Mości Haralda III rząd Ferrintu pragnie złożyć Republice Pegezy następującą propozycję, której rozpatrzenia i ostatecznej decyzji nie sankcjonujemy żadnymi wymaganiami, pragnąc podkreślić nasz pokojowy charakter.
Przez wiele ubiegłych stuleci Pegeza była częścią Królestwa Ferrintu i była z nią silnie związana. Niedługo po odzyskaniu niepodległości, wskutek panujących wtedy nastrojów rewolucyjnych doszło do tragicznej w skutkach pomyłki i niezrozumienia, które spowodowało siłowe zajęcie większej części Pegezy i przejęcie władzy w pozostałej reszcie przez reżimowy rząd. Teraz, gdy Ferrint i Pegeza rozmawiają, jak równy z równym, chcielibyśmy zwrócić uwagę na fakt beznadziejnej estetyki na mapie nowego układu politycznego. Proponujemy rozwiązanie problemu poprzez ponowne przyłączenie Republiki Pegezy do Królestwa Ferrintu na warunkach sprzed roku 2988, to jest prowincji z pełną autonomią, dostępem do wszystkich ferrinckich udogodnień, systemów edukacji oraz prawodawstwa. Dodatkowo zobowiążemy się zafundować wszystkim obywatelom Republiki Pegezy dwutygodniowe wczasy w regionie Sain Luc?in, nad ciepłym morzem oraz zainwestowanie w prowincję w celu nadrobienia zaległości gospodarczych. Propozycja jest uczciwa. Naszym celem jest głównie ustalenie ładnie wyglądającego na mapie przebiegu linii granicznej KdF, a także zwiększenie handlu z Unią Ravengardzką, do czego Pegeza mogłaby się przyczynić, sama czerpiąc przy tym ogromne korzyści. Liczymy na poważne potraktowanie sprawy i jeszcze raz wspominamy, że nie chcemy wywierać żadnych politycznych nacisków, pozostawiając rządowi Republiki Pegezy całkowitą swobodę w podjęciu ostatecznej decyzji. W razie zgody do listopada zostałaby podpisana odpowiednia umowa, która weszłaby w życie wraz z lutym przyszłego roku.
Podpisano: prezydent KdF Amănda Leir
Burzliwa dyskusja trwała do wczesnych godzin porannych. Rząd w końcu zdecydował się przyjąć ferrincką ofertę po uprzednim zapytaniu o zdanie samego narodu w ogólnokrajowym referendum. Głównym czynnikiem, który przeważył na korzyść Ferrintu, były oczywiście darmowe wakacje w Sain Luc?in, największym regionie turystycznym Ferrintu leżącym nad ciepłym morzem. Podobnie stwierdzili obywatele i tak oto 1 lutego 2993 roku Pegeza znów stała się autonomiczną prowincją Królestwa Ferrintu, tym razem w całości oraz w całkowicie pokojowy sposób. Tak kończy się historia stuletniej niepodległości tej maleńkiej republiki na obrzeżach Krainy Latających Siekier. I po kiego grzyba im ona była, i po kiego grzyba?














